środa, 11 września 2013

Izabela Iwańczuk, Perły wieczne, Mamiko, Nowa Ruda 2012.

Liryczny dyptyk wyrosły z wrażliwego doświadczania śmierci i miłości. Część pierwszą książki zajmują córczyne treny opłakujące zmarłą matkę. Można je potraktować jako rozłożoną na kilka etapów pracę żałoby znajdującą swoje odbicie również w nawiązującej do klasycznych wzorców kompozycji żałobnego cyklu zapoczątkowanej ekspresją żalu, zakończonej konsolacją. Najbardziej interesujący pozostaje wynik tej pracy – wniknięcie w nadprzyrodzony cel macierzyństwa.
O samym umieraniu pisze poetka z powagą właściwą rzeczom ostatecznym. Później oswaja stratę modlitwą i czułością (List). Powraca do miejsc i sytuacji dzielonych z umarłą (Zagadeńko zagadaj). W takich momentach epitafijną dykcję zastępuje tonacja prostej, dźwięczącej jakby liebertowskimi echami, piosnki (poczytajmy: „Maryjo niebiańskie kadzidło// za mamę jodłową/ wznieć modlitwę przeczystą” – z wiersza Matko wiosny pełna); nawet – zwięzłej rymowanki sprawdzającej efekt uczestnictwa w językowych grach (Rycina).
Na przeciwległym biegunie sytuują się wiersze-znicze. Podobnie epigramatyczne, lecz głęboko stęsknione, zadumane (Zaduszki). Uporanie się ze stratą okazuje się w nich wstępem do rozeznania jednaj z fundamentalnych prawd chrześcijaństwa – obcowania świętych. Przeżycie tej prawdy prowadzi poetkę do wniosku, że śmierć, pozostając faktem bolesnym, jest jeno tymczasową pointą egzystencji; macierzyństwo wypełnione dobrem i troską (w taki sposób przedstawia zmarłą poetka) wychyla się ku wieczności, woła o zmartwychwstanie (Mistrz). Odchodząc, zaś pozostawia na tym świecie drogocenny spadek – dojrzewającą duchowo córkę.
Izabela Iwańczuk akcentuje sakralny wymiar macierzyństwa. Na początku spotykamy tu matkę uświęconą poprzez jej dobroć (Fotografia). Potem świętość matki nabiera rysu maryjnego (Madonna Teresa 1976 rok), aby na chwilę nabrać cech wręcz chrystologicznych (Analogia).
 Z sakralizacją mamy do czynienia również w erotykach z drugiej części zbioru. Uwzniośleniu podlega tutaj zmysłowa namiętność. 

Erotyka w wierszach Iwańczuk stanowi najwyższą, najbardziej intensywną formę obcowania żywych. Rozpala do żywego (Albatros), zmienia geografię świata (zob. Wulkany). Może być wspólną podróżą (Jechaliśmy razem), wzajemnym odkrywaniem, doznaniem egzotyki lub rozpoznawaniem swojskości. Ale musi przy tym koniecznie stawać się dziełem sztuki podobnym wierszowi (Wobec krytyki), a jeszcze lepiej, by upodobniło się do muzycznej kompozycji.
Iwańczuk ceni sobie dość tradycyjne rekwizytorium literackie i takąż leksykę. Wykorzystuje ją jednak wcale pomysłowo, z wdziękiem i humorem. Sprawia to, że jej tomik może liczyć na przyjaźń wielu czytelników niezależnie od stopnia ich lekturowego zaawansowania.

Skrócona wersja tekstu przeznaczonego do publikacji w Dwumiesięczniku Literackim Topos

środa, 4 września 2013

Znowu powróciło czterdziestu


Zanim warszawska "Łączka" oddała swoich pogrzebanych, zrobiły to Bory Tucholskie, gdzie przed rokiem, opadal drogi prowadzącej z Krąplewic do Gródka nad Wdą  odnaleziono czterdzieści cywilnych i wojskowych ofiar lotniczego ataku Luftwaffe na kolumnę uchodźców, w pierwszych dniach września 1939. Zbadane przez archeologów, ułożone pod brzozowym krzyżem, czekają na pomnik. Ale ten najważniejszy monument już im wzniesiono - w pamięci otoczenia i podróżnych, przemierzajacych drogę wśród lasów, gdzie nie ma chyba zakątka, dokąd historia nie zapuściłaby okrutnego spojrzenia. 

środa, 21 sierpnia 2013

Ingo Cesaro


Wymarła wieś. Za
drzwiami mieszkają jeszcze
tylko imiona.


Pajęcze sieci
przy ślepych szybach okien. –
Tej starej tkalni.



Ze zbioru: Obwohl frisch geölt. 77 Dreizeiler nach japanischem Vorbild. 
Ausgewählt und herausgegeben von Norbert C. Korte

Copyright © 2010 by ATHENA-Verlag, Oberhausen
tłum.pwL

środa, 14 sierpnia 2013

Reinerowi Kunzemu na jubileusz 80. urodzin (16.08.2013). Kilka zdań osobistych.


Człowiek bez władzy? Albo – od polityki do egzystencji.



Był kiedyś czas, kiedy prawie wszystko w Polsce było polityczne. Oczywiście – także poeci i ich książki. Większość z nich ukazywała się w samizdacie. Jesienią roku 1988, przed samym spotkaniem autorskim znanego podówczas poety, Wiktora Woroszylskiego w gdańskim klasztorze dominikanów, kupiłem sobie mój pierwszy zbiór wierszy Reinera Kunzego: Nokturn i inne wiersze przełożony na język polski przez Ryszarda Krynickiego. Wiersze te, swoją zwięzłością i czystością poetyki, okazały się dla mnie, wówczas studenta filologii, nową przestrzenią liryczną. Napisana przeze mnie recenzja w podziemnym czasopiśmie kulturalnym stała się moim debiutem krytycznoliterackim. W tamtym czasie interesował mnie przede wszystkim polityczny aspekt tych wierszy, napisanych przez autora, który w jednym ze swych przemówień, nazwał poetę człowiekiem bez władzy.

Autor może zrezygnować z każdej władzy. Ale wiersze tak czy owak mają swoją własną moc – budzenia refleksji lub wyobraźni. I tak przechodzimy do aspektu egzystencjalnego. W moim, całkiem już dorosłym życiu miałem chwile, a nawet lata, gdy musiałem żyć oko w oko z nicością i absurdem. W wierszach Kunzego znalazłem wskazówki – jak można w ogóle żyć z absurdem. A chociaż w roku 2003 napisałem monografię twórczości Kunzego jako swoją rozprawę doktorską, wciąż jeszcze czytam poezję Kunzego (przede wszystkim poezję!) jak ten młody człowiek, jesienią, u końca lat osiemdziesiątych. Może tylko mądrzejszy o wiele cierpienia, o swoje ludzkie zmartwychwstawanie, o wielką, szczęśliwą miłość.  


(Polska wersja tekstu przygotowanego do jubileuszowego numeru czasopisma europäische ideen)


Recenzja tomiku opublikowana w miesięczniku kulturalnym NSZ-impuls, grudzień 1988.


środa, 7 sierpnia 2013

Grzegorz Jędrek, Badland, Biblioteka „Arterii”, Łódź 2012.

Od razu się czuje, że mamy do czynienia z poezją, której chodzi o coś znacznie więcej niż tylko o wiersze. O co więc? O zmierzenie się z faktem. jak najbardziej realnego istnienia zła. Zło określa tu naturę świata; lub – używając dawnego określenia – „świat w złem leży”. W zło upadł, jak gdyby skutkiem jakiejś katastrofy przemieniającej całą populację symbolicznego miasta w byt kolektywny, w jeden zbiorowy organizm. Każde autonomiczne niegdyś  „ja”, zostało teraz zredukowane do roli komórki lub synapsy przewodzącej wrażenia, impulsy (zob. wiersz Miasto), zawiadywanej  przez demona – bestię wężokszałtną, wielogłową (Tamto). Badland jawi się zatem jako nieznany dotąd obszar ziemi jałowej lub dantejskie miasto utrapienia, gdzie się mieszają języki ludzi i ognia (Tak żywi, umierający, martwi). Znacząca większość mówi tam mową potępionych, a tylko nieliczni próbują przemawiać językiem wody i wiatru. Być może właśnie ci ostatni – by przywołać symbolikę biblijną – należą do ochrzczonych z wody i z ducha.  Już sama ich obecność pokazuje, że niepokojąco opisana przez poetę bestia, choć każdego chce sobie podporządkować, panuje jednak nie wszędzie i nie nad każdym. Wczytując się w poetyckie studium oddziaływania zła, łatwo zauważymy, że kto popadł w jego moc, ten do zła się upodabnia, przybiera jego kształt, marnieje, tracąc własną formę (Z płótna Bacona). Podobnemu zniekształceniu podlegają narracje i mity, według których dotąd się orientował (Eurydyka). Bo ostateczną zgubę poprzedza tutaj zagubienie bez możliwości odnalezienia się (Pokoszmary). Mówiąca tutaj postać zdaje sobie sprawę z tego, ze i ją samą spenetrował Zły – głęboko, aż do struktur genomu. Wcisnął się w zakamarki jaźni i składni (Korektor). Zdegradował je cyniczną bezsennością (Modlitwa I). Chwilami Badland przycicha, zło się przyczaja, ale jakby tylko po to, aby przyjrzeć się skutkom własnego działania. Że mówiący podmiot,  krocząc po wężowym śladzie, umie odczytać symptomy skażenia, oznaki wewnętrznego oblężenia przez zło, wcale nie znaczy, aby był szczególnie odporny na jego podstępy. Przeciwnie: manifestacje zła, będącego jednocześnie zjawiskiem z tego i nie z tego świata budzą w nim zgrozę, której nie zaradzi logika, a pociechy czerpane od filozofów pogrążyć mogą w jeszcze głębszej bezradności. Mało skuteczne okazują się także próby nawiązania kontaktu z jakimś podobnie zagrożonym i zabłąkanym „Ty”,  z którym prowadzi martwe rozmowy niezdolne spoić w jednoznaczną całość mozaikowo rozdrobnione cząsteczki dyskursu (por. wiersze Dystans; Vanilla Cafe). Na razie w dyskursie tym dominuje poczucie bezsiły, tym bardziej że protagonista dopiero uczy się dochodzić sacrum, wybierając zresztą bardzo osobliwe drogi, co najlepiej ilustruje wiersz Najsampierw.
   Tworzenie wielopoziomowych metafor wyćwiczył autor równie dobrze jak umiejętność wglądania słowem w ustronne prowincje dzieciństwa (zob. Industrial). Także dzięki tym sprawnościom podarował nam poezję wysokich napięć metafizycznych. 

Fragment większej całości przeznaczonej dla Dwumiesięcznika Literackiego "Topos".

sobota, 29 czerwca 2013

Anna Karolina Kuk: słuchaj Judi w co wierzy ciało, Wydawnictwo BUK, Białystok 2012.

Muzyczność wierszy Anny Kuk realizuje się w bardzo szczególny sposób. Odwzorowują one muzykę w jej najbardziej skomplikowanych, najbardziej subtelnych, strukturach. Unikają jej powierzchownego naśladownictwa. Nie zalecają się łatwą melodyjnością. Bo kompozycje do których się odnoszą, reprezentują na ogół trudniejszą w odbiorze muzykę współczesną (por. np. sonata skrzypcowa M. Weinberga – cz  I).
Coś, co na użytek niniejszych uwag należałoby nazwać zasadą muzyczną, często reguluje tempo tekstu, albo wprowadza lekki, podobny tanecznemu ruch we wszystkich kierunkach  jednocześnie. Kiedy zaś zechce ujawnić się w całej okazałości,  wówczas ukształtuje harmonijną frazę (zob. słuchaj Judi, VI). Lekturę wierszy Kuk wspomaga zatem generalne osłuchanie wraz z odrobiną erudycji. Zwłaszcza wtedy, kiedy poetka odwoła się do tajników sztuki kompozytorskiej albo podejmie próbę zbudowania eksperymentalnego wiersza-partytury opatrzonego solidnym opisem wstępnym (soneta polifonica). Ale bez erudycji też można. Bo umie nas poetka ucieszyć formami bardziej przejrzystymi a pełnymi wdzięku. Takimi jak choćby Pieśń poranna, gdzie objawia się nam sens działania muzycznej zasady. Albowiem, jak wolno wnosić, tylko mową dźwięków można objaśnić obecność w stworzonym świecie – i w samym człowieku – osoby transcendentnego Boga. Muzyka zatem najwierniej oddaje istotę wewnętrznego doświadczenia i samego aktu wiary, czyli przekonania, że „istnieją cuda/ co są JEGO mową/ są/ i będą/ tym w co nie mamy odwagi uwierzyć” („***, nie wierzę w morskie latarnie…”). Być może z tej właśnie wiary w cuda wynika metafizyczny optymizm (por. ***, w rozmowach po świt…) i pogoda z jaką mówiąca tu postać wchodzi w sny oraz łagodność, z się budzi. Nawet ogrom stołecznego miasta prędzej ją przejmie zachwytem niż, dajmy na to, przerażeniem (warszawa). Doskonale wyczuwa także dynamiczną naturę rzeczywistości. Dzięki temu potrafi objąć refleksją własne położenie w czasie marnym (tryptyk prenatalny) lub zgłębiać egzystencjalną jakość „teraz” zawieszonego pomiędzy bytem a niebytem (***, gonię obecne…).
Wiersze Anny Karoliny Kuk umieją czytelnika zamyślić. Umieją wstrząsnąć swoją intensywności („***, gdy stary człowiek umiera”).
Zbiór prezentuje bogatą skalę lirycznych możliwości autorki. I nie należy mieć  tu żalu o rozgadane gdzieniegdzie metafory („wtopione pazury w dziurawy ser kamienicy” – z wiersza: „***, dźwiganiem chmur brzemienne jaskółki..”). Zrównoważyła ten deficyt oryginalnością porównań lub samodzielnością wykorzystana literackich, głownie biblijnych, inspiracji.
Wierzę w jej talent.


Fragment większej całości przeznaczonej do druku w Dwumiesięczniku Literackim "Topos"

P.S. Dzisiejszym wpisem przechodzę na wakacyjny tryb blogowania. Nowe notki będą się tu pojawiały raz w tygodniu, najczęściej co środę.