Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezja polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezja polska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 czerwca 2021

Nadmorze 58. Wiersze na głos: Izabela Gardian


Do 58. odcinka "Nadmorza" zaproszenie przyjęła Izabela Gardian z Wodzisławia Śląskiego. Zadebiutowała tomikiem Kobieta w czterech porach roku Po nim kolejno ukazały się Takie sobie piosenki , Garść liter, Drzwi na oścież, Bossa nova, Kochanie to dziki las. Jej wiersze wielokrotnie były prezentowane na antenie Radia Katowice w audycji “Poczta Poetycka” redagowanej przez Macieja Szczawińskiego. Wiersze Izabeli Gardian ujmują swoją intymnością tonacji połączoną z dobrze zarysowanym obrazem poetyckim.

Kontakt z redakcją "Nadmorza": nadmorze.sopot@gmail.com

środa, 2 czerwca 2021

Nadmorze 57 Wiersze na głos Magdalena Jankowska.


Gościem 57 odcinka "Nadmorza" jest lublinianka Magdalena Jankowska - poetka, autorka prozy, recenzentka teatralna. Jej wiersze przekonują  bardzo wrażliwą, zmysłową spostrzegawczością i stanowczością stwierdzania faktów, które w żaden sposób nie kłócą się z liryzmem. Czasami ich kontrapunktem staje się humor, ironia, autoironia. Krystalizują się one w formę lapidarną, trochę aforystyczną. Ale nawet wtedy, kiedy poetka mówi zwięźle, czuje się za jej monologami autentyzm doświadczenia.

Notatki, dodatki:

biogram Magdaleny Jankowskiej wraz z głosami recenzentów:
http://teatrnn.pl/leksykon/artykuly/magdalena-jankowska antologia poetów lubelskich “Linie światła”
http://www.norbertinum.pl/ksiazka/556/Linie-%C5%9Bwiat%C5%82a fragmenty przedstawienia “I co dalej” - Teatr Panopticum:
https://www.youtube.com/watch?v=2pkN8r1tVL4
https://www.panopticum.pl/spektakle/i-co-dalej/ w audycji wykorzystano kompozycję Blue Dot Sessions "Dizzle" na licencji Creative Commons 4.0 kontakt z redakcją: nadmorze.sopot@gmail.com


piątek, 29 listopada 2019

Nadmorze 23. Antologia wierszy czytanych: Jan Sochoń: "Wytrwałość"



O jesiennym wierszu Jana Sochonia zaczerpniętym z wyboru "Modlitwa do ciszy" (Bydgoszcz 2019)

Strona autorska ks. Jana Sochonia, http://jansochon.pl/
Zaułek Wydawniczy Pomyłka: http://www.zaulekpomylka.pl/
Klub Integracji Twórczych Stowarzyszenie Żywych Poetów: http://zywipoeci.pl /
Galeria Autorska Bydgoszcz http://autorska.pl/
W odcinku wykorzystano kompozycję Chada Croucha Barefoot na licencji Creative Commons 3.0.



sobota, 7 kwietnia 2018

Nadmorze 12. O wierszach Jarosława Mikołajewicza z tomu "(odnalezione fragmenty)".




Omówienie zbioru poezji Jarosława Mikołajewicza "(odnalezione fragmenty)" wydanego nakładem Galerii Autorskiej (Bydgoszcz 2017).

W odcinku wykorzystano utwór Dee-Yan-Keya "Grant them eternal rest" na licencji Creative Commons (CC BY-NC-SA 4.0).

Przydatne linki:

www.autorska.pl/
fraza.univ.rzeszow.pl/
nowelitery.blogspot.com/
freemusicarchive.org/music/Dee_Yan-Key/jazz_for_the_dead/01--Dee_Yan-Key-Grant_them_eternal_rest





sobota, 24 marca 2018

Agnieszka Ginko, Kruche, Zielona Góra 2017.


"Iść tam, gdzie nie dochodzą myśli/ gdzie kończy się czas,/ gdzie dzika róża/ kocha się z kroplą rosy.” – taka strofka mogłaby reklamować poezję bezproblemową, miłą w odbiorze, niegroźną dla autorki, a tym bardziej dla czytelnika. Tyle że w pamięci zostawiłaby nikły ślad. Szczęśliwie z jednej strofy nie musimy wnioskować o całym debiucie. Trzeba go przeczytać od początku do końca, chociażby dlatego, by przypatrzyć się próbom zbudowania języka, który potrafiłby wyartykułować uczucia pozytywne. Zgodzicie się chyba ze mną, że łatwiej na świat psioczyć, utyskiwać, stawiać mu zarzuty, mieć mu za złe, że jakoś nie chce (łajdak! paskuda! samolub jeden!) dostosować się do naszych wobec niego oczekiwań. Tu od samego początku podmiotka wydaje się spontanicznie, całą sobą,  zadowolona ze świata. Percypuje go mocno, słucha, obejmuje spojrzeniem (Do zbóż), wciąga w płuca z każdym oddechem (Latem). Spadek temperatury poniżej zera uważa za szansę daną dziecięcej fantazji (Zimowo). Nawet wychodząc nie w porę, wypchnięta w obce miasto, nie ma zamiaru ulegać pokusom irytacji bądź zniecierpliwienia. Sytuacje „komfortowe inaczej” traktuje jak okazje do zauważenia czegoś zgoła niecodziennego. To jeden z głównych powodów, dla których możemy polubić poetyckie „ja” tego tomiku. Ale nie jedyny. Czy coś może zmącić jej pogodę? Bez wątpienia. Przykładowo strata przyjaciela pożegnanego osobistym epicedium (Jachowi). Bo przecież doskonale wie, że rzeczywistość nie jest wolna od przypadłości i pobłądzeń tych, którzy ją zamieszkują (zob. Ktoś inny). Podobnie odczuwa upływ czasu, co wartko rzeźbi ludzkie życiorysy i bezwzględnie umieszcza Wandę nazywaną tutaj (zwróćcie, proszę uwagę na ten piękny koncept!) „wileńską Alicją” po drugiej stronie pękniętego już lustra.
Centralne doświadczenie opisane w tym debiucie łączą się z macierzyństwem. Wydarzeniem kosmicznym poprzedzonym sakralnym impulsem (por. Zwiastowanie) ustanawiającym związek ciężarnej ze wszechświatem, z żywiołem wody i gwiazdozbiorami. To jakby prolog do historii Stworzenia opowiedzianej sposób na bardzo indywidualny w cyklu Z księgi Genesis, gdzie chciałaby poetka dać z siebie wszystko i w najlepszym gatunku. Bez wątpienia udało się jej zbudować spójną, równą stylistycznie, opowieść o powstawaniu nowej osoby. Z całym rozmysłem piszę tu właśnie o osobie, gdyż podstawową cechą lirycznego „ty” – nieurodzonego jeszcze dziecka –  pozostaje jego osobność, zaś opowieść o jego rozwoju można też czytać jako dzieje zyskiwania przez niego osobności, wyodrębniania się z matczynego ciała aż do momentu, kiedy matkę i potomstwo łączy głównie kruchość materii, z których ich ukształtowano. Tej samej, z której ongiś ulepiono praojca Adama. Urodzony już bohater tego cyklu, wciąż pozostaje w ziemskim raju, gdzie wraz z nim żyją pasikoniki, myszy, biedronki i sny. Na straży tego raju staje ta, która, w pewnym momencie, wyraźnie strudzona, w autoironicznej imitacji wiersza Białoszewskiego określi się jako szaranagamama.
Więc co? Matka-Polka? Niekoniecznie/  Raczej matka-poetka. W dwóch rolach, w każdej – z powołania.
    Wszystko wskazuje na to, że Agnieszka Ginko wie, jak używać wiązanej mowy, co ma pewnie związek z jej wcześniejszymi przedsięwzięciami literackimi (twórczość dla dzieci, przekłady). Lubi zwięzłość, przenośnią posługuje się jak generatorem nowych znaczeń. Natomiast porównania nie zawsze dotrzymują kroku metaforom (przykład: „skóra zwija się, dusi,/ a ostre fałdy dnia/tną jak psy” – z wiersza Budzić cię).
Zbiorek nieduży niby próbka degustacyjna. Posmakować jednak warto.

sobota, 10 lutego 2018

Pierwszy polski almanach haiku




Ptaki wędrowne. Almanach Nr 1.  Polskiego Stowarzyszenia Haiku./
Migratory birds. Alamanac No.1 of He Polish Haiku Association
Wydawnictwo Kontekst,  Poznań-Warszawa 2018.
(wyd. dwujęzyczne polsko-angielskie)


Założone w 2016 Polskie Stowarzyszenie Haiku należy do najmłodszych organizacji narodowych skupiających haijinów.  Ale poziom literacki pierwszego wydania almanachu sprawia, że zupełnie nie myślimy o nim jak o wydawnictwie środowiskowym czy klubowym. Dzieje się przede wszystkim dlatego, że inicjatywa ta zrodziła się w kręgu Polskiej Szkoły Haiku Klasycznego, prowadzonej przez Agnieszkę Żuławską-Umedę i jej uczniów. 

O lepszym patronacie adepci tej szkoły, ideowo stowarzyszonej z japońską szkołą KUZU (tradycja sięgająca dwunastego wieku!), trudno było marzyć. Trzeba jednak powiedzieć, że redaktorzy antologii (Marta Chociłowska, Robert Kania, Ernest Wit) tworzyli ją również z całą świadomością bogatej i długiej przecież historii adaptacji, przyswojeń i recepcji haiku w Polsce, czemu najsłuszniej, dają wyraz we wstępie. Syntetycznym, przeglądowym, ale świadczącym, że „przedpole bibliograficzne” zostało świetnie rozpoznane.

Almanach mieści teksty czterdzieściorga autorów, dobrane w dużej mierze  na zasadzie weryfikacji zewnętrznej, którą zwykle był wcześniejsza publikacja, często zagraniczna, ewentualnie nagroda w konkursach. Twórcy almanachu, zgodnie z duchem i inspiracjami płynącymi wprost z ojczyzny haiku, wybrali głównie teksty nie tylko wpisujące się w schemat 5-7-5 lub do niego zbliżone, ale również takie, gdzie wyraziście zaznaczone zostało kigo (odniesienie do pór roku) i kireji (przecięcie, podział strofy na dwie części).  Dwa przykłady:

krokusy – uśmiech
przez szybę autobusu
przenika ciepło

(Elżbieta Anna Kołodziejczyk)

paski słoniny
na oszronionej gruszy
zatrzepotało

(Wojciech Kokoszka)

Nie wiem, czy w Japonii kwitną krokusy, ale najciekawiej o adaptacji gatunku świadczą w tym almanachu teksty, gdzie wyraźniej widać arcypolskie realia przyrodnicze:

godzina szczytu
nad autostradą bocian
leci gdzie indziej


(Maria Jolanta Piasecka)

Pod piórem publikujących tu autorów haiku okazuje się formą naprawdę pojemną, zdolną pomieścić zarówno tragizm doświadczenia historycznego (strzały na Woli/ młoda sanitariuszka/ odgania śmierć  /Barbara Patuszyńska/), jak intymność wspólnoty zakochanych (srebrny księżyc/ za przednią szybą/ film dla dwojga /Małgorzata Anna Bobak/). Almanach zamyka katalog polskich kigo pracowicie skompletowany staraniem Marty Chociłowskiej, który może stanowić znakomitą pomoc warsztatową dla tych, co do grona haijinów chcieliby się przyłączyć.





sobota, 4 listopada 2017

Bogumiła Salmonowicz, Abrazje Stowarzyszenie „Alternatywni”, Elbląg 2016.



Rdzeniem poezji Bogumiły Salmonowicz było i jest życie O samym zasię życiu  z jej nowego tomu dowiadujemy się przede wszystkim tego, że zupełnie nie respektuje ono naszych wyobrażeń o ładzie i porządku. Katastrofy losowe czy uczuciowe powracają w nim z cykliczną regularnością niby gwałtowne, żywiołowe zjawiska przyrodnicze zmieniające radykalnie rzeźbę dookolnego i wewnętrznego pejzażu. Do tego wciąż brak skutecznych procedur określających, „jak sobie radzić z tornadem w procesach nerwowych/ kiedy własne i cudze przekaźniki zawodzą, a efekty/ rozcinają nasze nieba złością, z rykiem ciskają słowami,/ by z siłą huraganu porwać i przenieść w krainę nienawiści” – czytamy w wierszu tytułowym. Zresztą uczucia nie muszą kończyć się nagle. Mogą wygasać z wolna, aż do chwili, gdy widać już, że „wspólny czas się ulotnił/ a równoległość kalendarzy/przestała oznaczać/ jednakowość drogowskazów” (Ciekawe). Być może nie będzie przesadą, gdy napiszę, że poetkę interesują również szczególne przypadki choroby na życie. Lecz gdy terapeutyczna konieczność doprowadza do radykalnego usunięcia nieuleczalnie schorzałej tkanki, nieuchronnie kończy się to wewnętrznym o-pustoszeniem. Bo bez życia nie ma…życia. Stwierdzenia takiego w kontekście nowych wierszy elbląskiej poetki nie należy bynajmniej uważać za tautologię. Czy zatem ten tom afirmuje tzw. samo życie? Chyba nie. Po prostu jego podmiotka przyjmuje je wbrew wszelkim cierpieniom i umozoleniem. Owszem, w pewnej chwili tekstowe „ja” rade byłoby znaleźć kogoś, kto od nowa nauczy ją optymizmu, a przede wszystkim – pokaże jej, jak postawić solidną tamę upływowi czasu (zob. Ogłoszenie). Jak się jednak wydaje, dla mówiącej tu postaci ważniejsza pozostaje gotowość bycia przy tych, dla których los okazał się najmniej łaskawy. Obok ich osamotnienia w przedwczesnym macierzyństwie (Start), obok ich lęku graniczącego z tłumioną rozpaczą (Siła bezsilności) albo zaburzeń psychicznych (Chore studium rąk). Trwa przy nich całą odwagą swojej wyobraźni, uważnością spojrzenia. Empatię uważa za jedną z najbardziej chlubnych cnót (por. wiersz Stażysta). Ceni dzielność, aczkolwiek podmiotkę tego tomu trudno byłoby określić mianem hic mulier. Umie być bowiem dzielna najbardziej kobiecym rodzajem dzielności – wrażliwej, a nieustępliwej, spragnionej emocjonalnego, ale i moralnego autentyzmu (byle pozorami nikt się przed nią nie wykpi!). Intuicyjnie rozpoznaje niebezpieczeństwa, które sprowadza brak refleksji i uwikłanie w powtarzalność nawyków (Notatki z nie-życia). Kiedy mówi o sobie, konfesyjnie, albo introwertycznie, naprawdę porusza. Nie musicie mi wierzyć na słowo, po prostu poczytajcie chociażby kapitalny List do genów. Liryzm tych wierszy bywa to tęskny, to gorzki, to nasycony nastrojami pór roku albo przygodnych sytuacji. Abrazje pokazują, że Salmonowicz ma coraz bardziej określony pomysł na własne poezjowanie. No i mniej już tutaj metafor dopełniaczowych, dominujących w zbiorku debiutanckim. Postęp widzę, postęp…

Nota o debiucie Bogumiły Salmonowicz „BoSa”

sobota, 16 września 2017

Tadeusz Dąbrowski: Środek wyrazu, Wydawnictwo a5, Kraków 2016





Sztubaka, nawet mężczyznę w pewnym (między)wieku, mówiącego do czytelników z kart tomu Pomiędzy (2013) w nowym zbiorze Dąbrowskiego zastąpił mężczyzna po przejściach, z poważnymi zadatkami na losera. Tym, co jego wiek męski uczyniło wiekiem klęski, był rozpad małżeństwa Tekstów traktujących wprost o małżeńskiej katastrofie znajdziemy tu mimo wszystko mało. Mniej nawet niż tych, zrodzonych z przeżywania kolejnej miłości. Są jednak wyjątkowe: zdziwione, że wydarzenie bądź co bądź dramatyczne nie wiąże się z żadnymi spektakularnymi fenomenami, że następuje prawie niepostrzeżenie: „Myślałem – mówi poeta – że miłość umiera efektowniej,/ na atak serca lub AIDS, a ona odchodzi// obojętnie jak człowiek,/ który zgubił, lecz jeszcze// o tym nie wie” (***, Myślałem, że miłość umiera efektowniej…). Do wizerunku swego lirycznego bohatera dodaje poeta jeszcze jeden rys – losera, przegranego, co, jak sugeruje początkowy wiersz zbiorku (Kredki), zdradą sam się przyczynił do własnej porażki. Potem w jeszcze głębszą popada depresję. (zob. ***, Z roku na rok coraz bardziej zdołowane Drużno…). 
   W mulistych odmętach smutku nie przebywa jednak długo. Prędko zmienia temat. Próbuje poddać analizie kwestię możliwości skutecznego, sensownego porozumienia, o wiele bardziej skomplikowaną niż by się wydawało. Bowiem trzeba jeszcze przezwyciężyć monologiczność ego, które podczas rozmowy rozdwaja się na osobowy podmiot komunikacji i na „ja” rozproszone na rozmaite projekcje(***, Rozmawiając z gwiazdą…). Czy oznacza to kryzys zaufania do słowa jako środka wyrazu i komunikacji?  Bynajmniej – raczej głębsze rozpoznanie jego natury, ograniczeń, przypadłości.
  Nie byłby Dąbrowski sobą, gdyby znów nie podzielił się z czytelnikiem swoimi niepokojami metafizycznymi. Koncentrując się tym razem na chrystologii, uprawia ją, na pograniczu teologicznej poprawności. Tworzy apokryf drugiego stopnia, bo tak należałoby chyba rozumieć sens anagramatycznie odwróconego tytułu wiersza Fyrkopa, dotykającego relacji pomiędzy wolnością a boskim zamysłem lub przeznaczeniem. Relacji, w którą uwikłany został sam Chrystus nie do końca pewny swojej zbawczej misji, wypełniającej słowa Pisma. Ta niepewność jeszcze silniej uwydatnia jego cechy ludzkie. Niemniej gdyby podmiot tego tomu miał dokładniej określić przedmiot swojej wiary, przyznałby chyba, że wierzy głównie w poezję i w poezją przenikniętej myśli pokłada nadzieję. Chwyta się tej nadziei, trzyma się tej wiary. Cóż, zwątpić w słowo, w skuteczność mowy 
jako środka wyrazu to do Tadeusza Dąbrowskiego całkowicie niepodobne.

Warsztatowa wersja recenzji przeznaczonej do druku w dwumiesięczniku literackim „Topos”


sobota, 5 kwietnia 2014

Jakub Głuszak: Moje przesłanie do pokolenia współczesnych trzydziestolatków, Staromiejski Dom Kultury, Warszawa 2013.

Kiedy czytam wiersze wykazujące chęć mówienia do zbiorowości i poniekąd w jej imieniu, przeżywam pewne zdziwienie, dość często połączone z szacunkiem dla tego, kto podejmuje kolektywną tematykę wbrew rozpowszechnionemu poglądowi, że w obiecywanym nam liberalnym kapitalizmie jedynie indywidualność oraz indywidualizm się liczy. Zanim liryczne „ja” Głuszaka uderzy w tony społeczne, chce, chociażby krótko, zdać czytelnikowi sprawę z przebiegu swego dojrzewania. Fakt, studenckie początki na pograniczu stuleci były trudne: „ciemna jesień grochowska;/ pierwsza dorosła jesień. Nieznane trasy tramwajów,/ rozmiękłe pierogi w stołówce niewyprasowana koszula,/ zimno i deszcz za kołnierzem niemodnej nagle kurtki.” – wspomina podmiot wiersza Być mężczyzną. Lecz nawet obrzydzenie fizologiczno-higienicznym konkretem zużytej podpaski (tamże) zdołał przemóc siłą charakteru. Wyćwiczony, zahartowany staje oko w oko z epoką, kiedy nic się z niczym nie zgadza, a każdy element rzeczywistości pełznie po swojemu w swoją stronę. Pewnym można być już tylko tego, co się samemu opowiedziało, wy-wierszyło lub przynajmniej… ucyfrowiło i wprowadziło do obrotu. Trzeba by zatem – sugerują wiersze Głuszaka – zapomnieć o urokach bezinteresownego poezjowania; nawet: o jakimkolwiek wyższym celu wiązanej mowy. Ostatnie słowo nie do wiersza tu należy, a do sloganu. „Czymże bowiem jest reklama,/ jeśli nie poezją, która znalazła swój cel?” – zapytuje poeta w przewrotnej polemice z przekonaniem Czesława Miłosza o ocalającej mocy poezji zatytułowanej Oto ćwiczenie warsztatowe, wiersz, który nie ocali. Zgoda. Idąc na ustępstwa jeden tekst mógłbym uznać nawet za poetycką wprawkę. A resztę? Za filipiki, za bezceremonialne rozprawy z modnymi poglądami o konieczności ciągłych przewartościowań, reinterpretacji, zmian narracji tożsamościowych. Chociaż pozbawiony najmniejszych dostrzegalnych (przynajmniej czytelniczym okiem) zadatków na konserwatystę, zauważa potrzebę fundamentalnych, acz minimalnych ustaleń, także w sferze języka. Apeluje: „Drodzy poeci! Dziś wchodzi w życie ważna zmiana w terminologii:// wprowadzone niedawno skurwysyńskie mechanizmy selekcji będziemy nazywać/ skurwysyńskimi mechanizmami selekcji — może wreszcie zrodzi/ się z tego jakieś dobro.” (Jeśli twoje nazwisko zaczyna się na jedną z liter). Odczuwa pilną potrzebę zaprowadzenia porządku środkami niekonwencjonalnymi: sarkazmem, drwiną, groteską. Nie posądzałbym go może od razu o chęć uszczęśliwienia ludzkości. Wystarczyłoby mu, gdyby uwolnił swoich rówieśników („Pokolenie pracy w banku kontra pracy w reklamie”) od ciążenia desperackiego dyskursu. Desperackiego, bo nacechowanego brakiem alternatywy czy zwykłej nadziei (por. Ma osoba odkryła swą męską stronę). Głuszak unika formułowania konkretnych  rozwiązań, ideologii czy programów. Jako poeta chciałby jednak stworzyć „wiersz, który wszystko wyjaśni”. I jeśli efekt jego usiłowań wszystkiego może nie tłumaczy, wyjaśnia sporo, streściwszy cały wywód w lapidarnym przesłaniu: „Żądasz czystości? Zachowaj ją sama./  Zostaw świat w taki stanie, w jakim go zastałaś” (Oto drugie podejście; wiersz, który wszystko wyjaśni). To przesłanie, wypowiedziane językiem dalekim od moralistycznego namaszczenia sytuuje poetę w obrębie etyki ogólnej przyzwoitości. Zrozumiałej zarówno dla zatrudnionych na etacie, jak dla prekariuszy. Niektóre rozwiązania formalne z anarchiczną patchworkową dykcją oraz nawiązaniami okołoreligijnymi (zob. Jeżeli kochasz Boga i jezyk angielski, jakie będzie) należałoby jeszcze krytycznie przedyskutować Nastąpić to powinno wtedy, kiedy dzisiejszy debiutant zechce nas zapoznać z kolejnym zbiorkiem, Ale usterki ortograficznej ze strony 0.3 już teraz mu nie daruję: stróżka (pisana przez „u”) to żona stróża lub kobieta-stróż. A nie mała struga.

Warsztatowa wersja większej całości przeznaczonej do publikacji w Dwumiesięczniku Literackim "Topos".



środa, 18 grudnia 2013

Szymon Domagała-Jakuć, Hotel Jahwe, Dom Literatury / Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi, Łódź 2013.


W Hotelu Jahwe, zamieszkała postać, która za swój obowiązek uważa zabieranie głosu w sprawach obiektywnie słusznych, bo przecież do takich należy krytyka używania przemocy na tle różnic politycznych (por. wiersz Do Przemka z NOP-u (myślami będąc przy skatowanym chłopcu ze squatu na Wagenburgu) ) czy zatroskanie o mieszkańców ubogich dzielnic Łodzi (Ulica Zarzewska). Tematy te podejmuje poeta z prawdziwą pasją i gorliwością świadka-społecznika. Gorzej, kiedy próbuje stawiać ogólniejsze diagnozy. Wówczas dobiera sobie standardowy zestaw wrogów (innych nie dowieźli?), czyli: Polskę, rodzinę, Kościół Katolicki. Rozumiem – chciałby swoją poezją pochuliganić, pograndzić z wielkim hukiem. Ale czemu ta chuliganeria jakoś taka przewidywalna? Mało mnie już zaskakują stwierdzenia, że polskość to suma obsesji antykomunistycznych i antyżydowskich (wiersz Bulla profana) albo, że „Zły jest Kościół, który pasie owce swoje wiązkami moheru./ Jedyny kraj, w którym rydz zrywa klienta, nie odwrotnie/ rydz żywy, pożywny kręci antenką od beretu./ Przesolili z krzyżami, aż stały się kratą, nowym czerwonym/ stoją, jakby chciały wydymać niebo.” (tamże),  zaś rodzina „z ojcem, który ma pręt zamiast ręki, ścieka z niej pas religii” stanowi gniazdo wszelakiej opresji (zob. Współczucie dla Katarzyny W., (modlitwa za Matkę Polkę)). Poeta artykułuje swoje poglądy znacznie dobitniej niż socjolog czy publicysta: zmysłowo, obrazowo, dynamicznie, co do pewnego stopnia pomaga jego dyskursowi uwolnić się od wpływu gazetowych klisz.                                                                        
Prawdziwe kontrowersje zaczynają się, gdy podmiot zaczyna snuć przemyślenia okołoreligijne. Bywa wówczas tak ironiczny, że aż przewrotny w biblijnym sensie tego przymiotnika. Bez wątpienia jednak wykazuje potrzeby duchowe. Mówi:  „Tak, 26 marca 2011 po Chrystusie […]/ około 22 w Łodzi na rogu Marynarskiej i Wojska Polskiego/ krzyczałem na Boga żywego – krzyczałem do Boga żywego, aby wziął/ za mnie/ odpowiedzialność. Ja nie potrafię. Trudno ją objąć, przebija wszystko,/ co do tej pory widziałem” (Kamila).  Wszakże potem zaczyna obsesyjnie łączyć religijność z seksem, co uważa chyba za szczególnie dowcipne. Niemniej trudno później uwierzyć w deklarację: Chrystus to mój ziom. Od czasu do czasu dla odmiany powie coś o religii bez seksualnych wtrętów (Głos Anioła Bożego, orędzie idące jak błyskawica od Pana Boga Świętego, a dane do rozgłoszenia w mieście Łodzi), względnie pochwali się erotycznymi wyczynami w całkowicie świeckich dekoracjach (Kropla chłopca).


Domagała-Jakuć chętnie inspiruje się stylem Biblii, parafrazuje go, parodiuje. Przemawia antykazaniami, antymodlitwami, antylitaniami, wznosi (tylko dokąd?) antyhymny. Bogaty repertuar chwytów i środków retorycznych poszerzył jeszcze o określenia uważane powszechnie za plugawe. Czy nie szkoda rozmieniać pasji i  talentu (którego poecie odmawiać nie zamierzam) na tanie obrazoburstwo? Chyba że debiutant marzy o wzniosłym męczeństwie za wolność poetyckiej wypowiedzi. Lecz widoki na taki rodzaj martyrologii raczej marne. Żaden recenzent przed Inkwizycją go nie postawi. 

Warsztatowa wersja większej całości przeznaczonej do publikacji w Dwumiesięczniku Literackim "Topos"

środa, 6 listopada 2013

Xawery Stańczyk, Skarb piratów, Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2013.

Poetycka persona wierszy Xawerego Stańczyka robi wszystko, abyśmy przypadkiem nie pomyśleli, że młódź nasza niewinną jest. Zastanawiam się tylko, skąd w tym chłopcu (podmiot Skarbu piratów wygląda na znacznie młodszy niż metryka autora – rocznik 1985) taka wiedza na temat natury zła? Najeżony, nastroszony – straszy otoczenie. W rytmie rapu poucza adresatkę początkowego wiersza: „Wiesz, co się liczy, szacunek ludzi ulicy,/ kasta miasta, master, z tego się nie wyrasta/ a jak to cię przerasta, to się idź pochlastać, basta!” (Piekło). Kilkanaście wersów dalej objaśni: „piekło nie polega na cierpieniu,/ lecz na zadawaniu cierpienia. Bez litości.” (tamże). Swoim złem się napawa. Nie podchodź, nie dotykaj niedotykalskiego! W przerwach kontempluje swoją sytuację nieszczęśliwego pośród innych nieszczęśliwców płci obojga (Dark water). Niekiedy uwzniośla się swoim cierpieniem. Na ogół jednak przyznaje się do emocjonalnego pokrewieństwa, a to z ogrem-pechowcem – bohaterem dobranockowej kreskówki (Toadie), a to z białym misiem opiewanym w discopolowej piosnce. Milsza mu widowiskowa dezintegracja niźli żmudne podnoszenie się z upadków (Rozpad). Subkulturę emo traktuje niezbyt serio  (Słabe), Nie zamierza cierpieć stadnie. Swoje miejsce, swoją ideę przewodnią, swój barwny styl życia odnajduje daleko od centrów czy mainstreamów, zasila szeregi prekariuszy, ludzi niepewnych jutra: Prekariat na zielonej, śmieciowej wyspie,/  pirackie rejsy, prosto w oko sieci, surferów w kolorowych pokojach/ wynajmowanych na szaro./ Wdzięk niekonsekwencji,/ by tańczyć na zerwanych łączach tęczy” (Niemądre, ale fajne wiersze).

Skąd wzięła się taka postawa? Po części z obserwacji znaków czasu, o czym jeszcze za chwilę. Motywuje ją także lęk przed dorastaniem, ściślej – przez wmanewrowaniem w dorosłość (por. Kolejny tom wykładów Michaela Foucault) przez jakąś złowrogą siłę. Dlatego najlepiej zakląć ją wierszem wzmacnianym bluzgami. Albo też zadeklarować się jako osobisty wróg publicznego porządku, ładu i składu.  I dalejże epatować burżuja! Z braku burżuja można wziąć na celownik całkiem sympatyczną panienkę zatrudnioną w korporacji   (Robaczki). Zastanawia mnie wszakże, że tak przenikliwy w kwestiach krytyki społecznej poeta, gdy podejmuje problematykę polityczną,  zaczyna żonglować przewidywalnymi stereotypami; czuje się w obowiązku przypomnieć o tradycyjnym polskim” antysemityzmie  oraz obśmiać katastrofę smoleńską tudzież prezesa pewnej partii, posiadacza kota. Jak godzi fajnopolacką eksploatację tych klisz z deklaracjami o kontrkulturowej, anarchistycznej, niezawisłości własnego światopoglądu (Demonstracje),  pozostaje zagadką.  

Doceńmy wszakże jego wiersze około-miłosne. Ich metaforyka zachowuje ekspresyjność, artykulacja się jednak uspokaja. Wtedy do głosu dochodzi melancholia rozstań (Którą mam) albo pragnienie czułości (Pocałunki). Taki szorstki liryzm, bardziej do mnie przemawia niż rozgadane tyrady, efektowne za sprawą brawurowych nawiązań do poszyj autorów rozmaitych (przykładowo:Władysław Broniewski, Krzysztof Kamil Baczyński, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Julian Tuwim, Bruno Jasieński) . Zręczny ze Stańczyka majsterkowicz. Montażu wiersza Poor little rich girl (składam wiersz z twoich słów) mógłby pozazdrościć sam Adam Słodowy.  Dlatego ma Stańczyk chyba większą szansę sprawdzić się jako liryk niż jako publicysta.   

Warsztatowa wersja większej całości przeznaczonej do publikacji w Dwumiesięczniku Literackim "Topos"

środa, 9 października 2013

Marek Pacukiewicz: Budowa autostrady, MaMiKo, Nowa Ruda 2012.

Któż by pomyślał, że nader kontrowersyjna inwestycja III RP zaowocuje niebanalnym debiutem? Spore znaczenie ma dlań kreacja podmiotu – eksploratora placów budowy, podejmującego swoje wyprawy z pobudek literackich, wiedzionego chęcią wpisania się w epicką opowieść, choćby jako  świadek epokowych zdarzeń. Chętniej jednak przyjmuje postawę komentatora lub egzegety przemieniającej się przestrzeni. Proces przemiany śledzi w bardzo sposobnym ku temu momencie: gdy odchodzą odwieczne znaki i znaczenia, zastępowane innymi – nowymi, bogatszymi, bardziej atrakcyjnymi. Można chyba zaryzykować hipotezę, że trasy przelotowe, wiadukty, węzły, obwodnice z wolna obrastające infrastrukturą, uważa poeta za zespół sensów, który należy stekstualizować w zapowiedź coraz wspanialszego, bo coraz bardziej mobilnego, świata. Z  poczuciem wyższością myśli o potomnych badaczach, którzy za kilkanaście pokoleń, podczas wykopalisk  spróbują odczytać ślad działań jego współczesnych (zob. wiersz Szczątki). Sam zresztą chciałby, aby owi archeologowie  zaliczyli go w poczet budowniczych autostrad, dołączyli  go do grona skrzętnych tubylców – budowniczych suwerennej autostradowej krainy nieomal po breughlowsku wkomponowanych w odmienione pejzaże (Inny obraz).
  Wędrując obrzeżami, poboczami, podmiot doświadcza prawdziwej  technofanii, nadającej rzeczywistości całkiem nowy kształt, przeobrażającej ją od samych posad i podstaw (por. wiersz Epifania). Swoje afirmacje wypowiada, jak się zdaje, całkiem serio. Łatwo się godzi z faktem przebudowy świata nawet za cenę zakłócenia rytmów natury. Podobnie potraktuje fakt zagłady przedmieść, zaanektowanych przez królestwo już nie z tego świata, „Gdzie rozkład niedoskonałości i plan ideału/Śpiewają zgodnym chórem” (Wyburzanie ogródków działkowych). Znany co najmniej od czasów Psalmisty symbol drogi oznaczający najczęściej jednostkowy sposób życia stał się teraz figurą rozpędzonego funkcjonowania cywilizacji. Zogromniała droga jest jednocześnie jej Wielką Matką, żywicielką, żywotną arterią. Dyktuje wybory etyczne wyrażone choćby poprzez zgodę na pobranie do transplantacji organów potencjalnej ofiary samochodowego wypadku. Formuła takiej deklaracji, jak kiedyś modlitwa lub zaklęcie, została spisana „na kartce schowanej w torebce/ niczym podręczne lusterko/ między dowodem osobistym a prawem jazdy”  (Linie). Nawet lokalny ruch pojazdów nabiera cech liturgii – podobnie jak ona wymaga powtarzalnych, skupionych gestów kierowcy. Może obiecywać swego rodzaj oświecenie, nawet odkupienie wyznawców technologicznego panteizmu (por. wiersze Piątek; Strefa zgniotu). Powstawanie autostrady ma  także wymiar paraartystyczny. Proces jej budowy traktuje  Pacukiewicz jako work in progress, posąg cywilizacji,  pomnik z asfaltu i kruszywa, trwalszy niż ze spiżu, zdolny przetrwać nawet kres dziejów (zob. Koniec świata 2012).
  W zestawieniu z wierszami przetwarzającymi przydrożne obserwacje samotnego wędrowca, teksty autotematyczne, poetologiczne prezentują się trochę mniej okazale: jako preludia, wprawki, próby (udane!) ustawiania głosu lub zawierania wstępnych porozumień z patronami poezji Pacukiewicza: Albertem Camusem, Paulem Celanem, Josephem Conradem, Zbigniewem Herbertem. Często też kładą fundament pod formy rozbudowane, sprozaizowane, bliskie esejom (Rewitalizacja kwartału) lub fragmentom filozoficznym (Tabula). Ale skupiający w sobie wszystkie zalety tych form tekst Wybuch metanu. Zarys poematu sugeruje, że Pacukiewicz z powodzeniem podjąłby zadanie epika, gdyby sztuka opowiadania heksametrem, aleksandrynem albo trzynastozgłoskowcem nagle wróciła do łask.              

Fragment większej całości przygotowywanej dla Dwumiesięcznika Literackiego "Topos".


środa, 18 września 2013

Słowo wstępne do spotkania autorskiego Wacława Tkaczuka. Sopot, Dworek Sierakowskich, 13.09.2013.




1. Spotykamy się dzisiaj z okazji aż dwóch publikacji: pierwsza to zbiór poezji Na więcej, na przepadłe; natomiast tytuł dzisiejszemu spotkaniu nadał arkusz dołączony do aktualnego numeru Toposu. Oba wydawnictwa łączą pojawiające się w nich tu i ówdzie podwójne daty. Czasami dzielą je cztery lata, czasem dwadzieścia cztery. A pomiędzy tymi datami – ileż się działo! Ileż musiało się wydarzyć, by wiersz powstał. Przede wszystkim przepłynęło wiele chwil na pograniczu nie tyle snu i jawy ile na granicy snu i wizji. Ileż przez świadomość oraz przez nieświadomość musiało przejść lustrzanych odbić, samo-widzeń, nagłych powidoków. Poezja Tkaczuka lubi dziać się cicho, wizualnie. Odsłania  więc nieznaną stronę postaci, która dla tak wielu była i jest głosem w radioodbiorniku. Jej podmiot stawia sobie za cel dotarcie do samego siebie, samo-poznanie, określenie własnej tożsamości, chwilowej, jak łatwo zauważyć, lecz nieustannie się określającej, ustalającej się w wierszu. A kiedy się już w miarę stabilnie określi, rusza dalej, aby dotrzeć do Boga, który – jak się dowiadujemy – reprezentując fundamentalną pewność, „nie jest od gdybania”. Nawet wówczas, gdy nie udaje mu się dotrzeć aż tak daleko, a widzenie nie mieści się już w języku, trafia na  krańce mowy. Wtedy usłyszymy w niej zawieszenie głosu. I czujemy że poeta uchwycił mowę za krańce tyleż mocno co skutecznie.
  Rzecz godna uwagi, że w wierszach Tkaczuka, porywających nierzadko mistycznymi wizjami, manifestuje się tyle uwagi dla całkiem konkretnych fragmentów rzeczywistości. Słychać to, kiedy poeta wylicza imiona drzew, krzewów, kwiatów i ziół, uważnie przypatruje się ludziom napotykanym na plaży, obraca w myślach i w piosenkowych strofach kamień z Forum Romanum, zapisuje pamięć dawnych zim albo upałów. Wylicza je we wspomnieniu, wspomina zaś poprzez tęsknotę, poprzez refleksję nad upływem i trwaniem świata: w jego zaskakującej urodzie albo w trwodze śmiertelnego poniżenia. Nie rezygnuje z niczego. Nie trwoni danego jej świata.
2. Jej podmiot nie chce udawać nikogo lepszego. O swoich uczuciach: miłości czy trosce, informuje powściągliwie, więc tym bardziej przejmująco. Ani mu w głowie bicie rekordów! Pięciokroć nas upewnia, że wypisuje się z Księgi Guinessa. Kroczy we własnym tempie. Godnie.  Potrafi naprawdę zaimponować swoją niespiesznością. Także wtedy, kiedy w kombinacji liczb na pierwszy rzut oka całkowicie losowej, stara się wyczytać ukryte struktury teraźniejszości – i być może – kolejne zadania, jakie przed nim stawia.
3. W pięknie innych tekstów literackich poezja Wacława Tkaczuka przegląda się nadzwyczaj rzadko. A jeśli już – gdzieniegdzie aluzyjnie przywoła Juliana Przybosia; pozwoli się ówdzie prząść się  norwidowskiej czarnej nici czy też  przemknąć złotopszczołej komecie; albo krótko ozwie się echem Pieśni konfederatów Słowackiego. Poeta ufa zaletom  formy modelowanej potrzebą komunikatywności, przybierającej postać szkicu, lirycznego eseju, nawet quasi-reportażu.  Wszelako nad problematyką formalną wyraźnie góruje poczucie kierunku, w którym zdąża liryczna persona i przypuszczenie, a może już nawet nadzieja, że losu, choć niezmiennie skomplikowanego ustawicznym objawianiem się lub gaśnięciem  fenomenów, nie sposób sprowadzić jeno do gry bezcelowych przypadków oraz bezpowrotnych  prze-padków. 

środa, 11 września 2013

Izabela Iwańczuk, Perły wieczne, Mamiko, Nowa Ruda 2012.

Liryczny dyptyk wyrosły z wrażliwego doświadczania śmierci i miłości. Część pierwszą książki zajmują córczyne treny opłakujące zmarłą matkę. Można je potraktować jako rozłożoną na kilka etapów pracę żałoby znajdującą swoje odbicie również w nawiązującej do klasycznych wzorców kompozycji żałobnego cyklu zapoczątkowanej ekspresją żalu, zakończonej konsolacją. Najbardziej interesujący pozostaje wynik tej pracy – wniknięcie w nadprzyrodzony cel macierzyństwa.
O samym umieraniu pisze poetka z powagą właściwą rzeczom ostatecznym. Później oswaja stratę modlitwą i czułością (List). Powraca do miejsc i sytuacji dzielonych z umarłą (Zagadeńko zagadaj). W takich momentach epitafijną dykcję zastępuje tonacja prostej, dźwięczącej jakby liebertowskimi echami, piosnki (poczytajmy: „Maryjo niebiańskie kadzidło// za mamę jodłową/ wznieć modlitwę przeczystą” – z wiersza Matko wiosny pełna); nawet – zwięzłej rymowanki sprawdzającej efekt uczestnictwa w językowych grach (Rycina).
Na przeciwległym biegunie sytuują się wiersze-znicze. Podobnie epigramatyczne, lecz głęboko stęsknione, zadumane (Zaduszki). Uporanie się ze stratą okazuje się w nich wstępem do rozeznania jednaj z fundamentalnych prawd chrześcijaństwa – obcowania świętych. Przeżycie tej prawdy prowadzi poetkę do wniosku, że śmierć, pozostając faktem bolesnym, jest jeno tymczasową pointą egzystencji; macierzyństwo wypełnione dobrem i troską (w taki sposób przedstawia zmarłą poetka) wychyla się ku wieczności, woła o zmartwychwstanie (Mistrz). Odchodząc, zaś pozostawia na tym świecie drogocenny spadek – dojrzewającą duchowo córkę.
Izabela Iwańczuk akcentuje sakralny wymiar macierzyństwa. Na początku spotykamy tu matkę uświęconą poprzez jej dobroć (Fotografia). Potem świętość matki nabiera rysu maryjnego (Madonna Teresa 1976 rok), aby na chwilę nabrać cech wręcz chrystologicznych (Analogia).
 Z sakralizacją mamy do czynienia również w erotykach z drugiej części zbioru. Uwzniośleniu podlega tutaj zmysłowa namiętność. 

Erotyka w wierszach Iwańczuk stanowi najwyższą, najbardziej intensywną formę obcowania żywych. Rozpala do żywego (Albatros), zmienia geografię świata (zob. Wulkany). Może być wspólną podróżą (Jechaliśmy razem), wzajemnym odkrywaniem, doznaniem egzotyki lub rozpoznawaniem swojskości. Ale musi przy tym koniecznie stawać się dziełem sztuki podobnym wierszowi (Wobec krytyki), a jeszcze lepiej, by upodobniło się do muzycznej kompozycji.
Iwańczuk ceni sobie dość tradycyjne rekwizytorium literackie i takąż leksykę. Wykorzystuje ją jednak wcale pomysłowo, z wdziękiem i humorem. Sprawia to, że jej tomik może liczyć na przyjaźń wielu czytelników niezależnie od stopnia ich lekturowego zaawansowania.

Skrócona wersja tekstu przeznaczonego do publikacji w Dwumiesięczniku Literackim Topos

środa, 7 sierpnia 2013

Grzegorz Jędrek, Badland, Biblioteka „Arterii”, Łódź 2012.

Od razu się czuje, że mamy do czynienia z poezją, której chodzi o coś znacznie więcej niż tylko o wiersze. O co więc? O zmierzenie się z faktem. jak najbardziej realnego istnienia zła. Zło określa tu naturę świata; lub – używając dawnego określenia – „świat w złem leży”. W zło upadł, jak gdyby skutkiem jakiejś katastrofy przemieniającej całą populację symbolicznego miasta w byt kolektywny, w jeden zbiorowy organizm. Każde autonomiczne niegdyś  „ja”, zostało teraz zredukowane do roli komórki lub synapsy przewodzącej wrażenia, impulsy (zob. wiersz Miasto), zawiadywanej  przez demona – bestię wężokszałtną, wielogłową (Tamto). Badland jawi się zatem jako nieznany dotąd obszar ziemi jałowej lub dantejskie miasto utrapienia, gdzie się mieszają języki ludzi i ognia (Tak żywi, umierający, martwi). Znacząca większość mówi tam mową potępionych, a tylko nieliczni próbują przemawiać językiem wody i wiatru. Być może właśnie ci ostatni – by przywołać symbolikę biblijną – należą do ochrzczonych z wody i z ducha.  Już sama ich obecność pokazuje, że niepokojąco opisana przez poetę bestia, choć każdego chce sobie podporządkować, panuje jednak nie wszędzie i nie nad każdym. Wczytując się w poetyckie studium oddziaływania zła, łatwo zauważymy, że kto popadł w jego moc, ten do zła się upodabnia, przybiera jego kształt, marnieje, tracąc własną formę (Z płótna Bacona). Podobnemu zniekształceniu podlegają narracje i mity, według których dotąd się orientował (Eurydyka). Bo ostateczną zgubę poprzedza tutaj zagubienie bez możliwości odnalezienia się (Pokoszmary). Mówiąca tutaj postać zdaje sobie sprawę z tego, ze i ją samą spenetrował Zły – głęboko, aż do struktur genomu. Wcisnął się w zakamarki jaźni i składni (Korektor). Zdegradował je cyniczną bezsennością (Modlitwa I). Chwilami Badland przycicha, zło się przyczaja, ale jakby tylko po to, aby przyjrzeć się skutkom własnego działania. Że mówiący podmiot,  krocząc po wężowym śladzie, umie odczytać symptomy skażenia, oznaki wewnętrznego oblężenia przez zło, wcale nie znaczy, aby był szczególnie odporny na jego podstępy. Przeciwnie: manifestacje zła, będącego jednocześnie zjawiskiem z tego i nie z tego świata budzą w nim zgrozę, której nie zaradzi logika, a pociechy czerpane od filozofów pogrążyć mogą w jeszcze głębszej bezradności. Mało skuteczne okazują się także próby nawiązania kontaktu z jakimś podobnie zagrożonym i zabłąkanym „Ty”,  z którym prowadzi martwe rozmowy niezdolne spoić w jednoznaczną całość mozaikowo rozdrobnione cząsteczki dyskursu (por. wiersze Dystans; Vanilla Cafe). Na razie w dyskursie tym dominuje poczucie bezsiły, tym bardziej że protagonista dopiero uczy się dochodzić sacrum, wybierając zresztą bardzo osobliwe drogi, co najlepiej ilustruje wiersz Najsampierw.
   Tworzenie wielopoziomowych metafor wyćwiczył autor równie dobrze jak umiejętność wglądania słowem w ustronne prowincje dzieciństwa (zob. Industrial). Także dzięki tym sprawnościom podarował nam poezję wysokich napięć metafizycznych. 

Fragment większej całości przeznaczonej dla Dwumiesięcznika Literackiego "Topos".