środa, 20 listopada 2013

Andrzej Grzyb, Miejsce na ziemi, i inne drobiazgi, Bernardinum, Pelplin 2013.

1.  „…ale czy Paryżem musi być mój pępek świata?” – pyta  narrator całkiem drobnych oraz troszeczkę dłuższych próz Andrzeja Grzyba chwaląc sobie zadomowienie w obszarowo dość szczupłej, acz pod wieloma innymi względami bogatej, przestrzeni Kociewia Leśnego. Tutaj ma swoją ojczyznę. Bynajmniej nie „małą”. W sam raz. Mieści ona wszystko, co potrzebne do spełnionego, niespiesznego życia. Myliłby się jednak ten, kto na tej podstawie zaliczyłby twórczość autora Niecodziennika pomorskiego  do modnej niegdyś prozy „korzennej”. Jej bohaterowie nie szukają swoich korzeni. Nie muszą. Dobrze je znają. Historię, która w tych okolicach chadzała często drogami odmiennymi niż w innych regionach kraju, pisarz taktuje jak oczywistą materię narracji; poniekąd jako należną część spuścizny po przodkach osiadłych w swym zakątku z dawna lub nawet od czasów niepamiętnych.                                                  Do świadomości opowiadającego tutaj „ja” fakt znalezienia własnego miejsca dociera w momencie dlań bardzo szczególnym, pewnej szpitalnej nocy. Zaraz zostaje przełożony na język liczb. „Moje miejsce na Ziemi  – czytamy w prozie tytułowej – to półkorytarz z pokojami od numeru czterysta osiemnaście do numeru czterysta czterdzieści jeden. Leżę w izolatce oznaczonej numerem czterysta dwadzieścia. Tyle zobaczyłem, kiedy wczoraj wieziono mnie na tomograf komputerowy”. Liczby wyprowadzają bohatera ze szpitalnej ciasnoty dalej – do miasta S. (Starogard Gdański?) i miasteczka C. (Czarna Woda?). Wspierają dążenie narracji do obiektywizmu. Bowiem proza Grzyba konkretem stoi. Szuka tego, co sprawdzalne,  komunikowalne. Traktuje je jako punkt wyjścia zabiegów kreacyjnych. Bez konkretu, ani rusz. Choćby nie wiem co. Taki charakter zachowuje  nawet wtedy, kiedy narracja wychyli się w stronę metafory czy alegorii (Okno na drogę).

2. Kociewska, borowa ostoja przynależy do Północy, krainy zaczynającej się w dorzeczu Brdy i Wdy, kończącej się hen, na Nordkappie. Tutaj najważniejszą pora roku wydaje się jesień. Aby ją poznać, należy wejść w bliski kontakt z naturą, dziwić się jej i zauważyć, że  ona także dziwuje się człowiekowi (zob. okno na podwórze). Należy ją przewędrować pieszo. Albo przepłynąć kajakiem. Po drodze zaś wszystko trzeba skrupulatnie zapamiętywać. Sporo zatem w tej książce partii opisowych, czy wręcz osobnych tekstów przypominających pejzażowe szkice kreślone zawsze w taki sposób, iż wiadomo, że za jednym opisanym porankiem stoją takich poranków dziesiątki; poranków bliźniaczych, streszczonych w ten szczególny, tak prawdziwy, że wart opisania.                                                                                                            Pomorska natura pozostaje nader gościnna tak dla żywych: wędrowców i filozofujących łazików; jak dla umarłych. Tych drugich przygarnia cierpliwie, nie pytając kto zacz i za czyją sprawę wojował: „O, widzisz ten kopczyk brzozowym krzyżem? Niektórzy mówią, że tu pogrzebano żołnierza napoleońskiego, inni mówią, ze leży tu eden z partyzantów Yorka, są też tacy, którzy twierdzą, że to dezerter z Wehrmachtu, jeden z tych, co nie chciał wrócić z urlopu  na front wschodni, jeszcze  inni, ze leży tu sołdat sowiecki zastrzelony przez enkawudzistę za gwałt na Polce. Wojny pomieszane, żołnierze, wojny, tylko śmierć prawdziwa.” -  powiada jeden z bohaterów opowiadania przetartym szlakiem.
Narrator tych tekstów unika metropolii. Jedyny wyjątek robi dla Gdańska. Uczynił go  tłem magiczno-teatralnej relacji ze spotkania autorskiego (poeta czyta wiersz o barbarzyńcach) oraz opowiadania o jednym dniu życia Mola, postaci na wskroś niewyjątkowej. Przywołał potem  nadmotławską  legendę ze szczęśliwie zakończonym wątkiem miłosnym (gdańskie miłowanie). Odbył krótki spacer alejkami oliwskiego ogrodu. Prędko nacieszywszy się miejską wycieczką,  powraca do swego matecznika.    

3. Jak gdyby się obawiał, że pod jego nieobecność coś lub ktoś zniknie z jego partykularza, albo popadnie w zapomnienie któraś z tutejszych wartości stanowiących jego fundament. Bez obaw. Wszystkie pozostały na swoim miejscu: punktualność nakazująca pilnować czasu, praktycyzm skłaniający ojca narratora, żeby sprawdził, czy „w zastoinie nie ostał się jakiś szczupak albo węgorz, a gdyby tak było, złapałby te ryby do wora i zabrał” (spacer). Oraz szacunek dla starszych, którzy, jak babcia Marianna potrafili śpiewaniem godzinek przeprowadzić dom przez „marznące deszcze, śnieżyce i mrozy” (porzucone początki) lub jak blisko stuletnia pani Władysława, świadek radykalnej przemian świata, wbrew którym ocalał zapach jabłek bardziej nawet trwały niźli jabłoń, co je rodziła. Prócz cnót zdarzają się tu i niecnoty, wręcz zbrodnie. Absurdalne, niezrozumiałe zarówno dla postronnych świadków jak dla samych sprawców. Niektóre stanęły już przed trybunałem historii (sąd najwyższy) inne – oczekują na wyrok (zabić pentliczka). Zauważymy tu też ludzi zmarginalizowanych, zabłąkanych na bezdroża losu (z biletu parkingowego). Wchodząc pomiędzy nich, oddalamy się od mitu lokalnej idylli tak chętnie eksploatowanego przez prozę nostalgiczną.


4. „Otwieram oczy. Tworzę opowieść. Opowiadam sobie (…) Może jutro, może kiedyś opowiem ją temu, kogo spotkam.” – mówi narrator, przedkładający naoczność ponad czystą imaginację. wiekowej pani Władysławy, że całego życia opowiedzieć niepodobna (podróż w niepamięć). Poprzestaje przeto na fragmencie, w którym może się skupić całe aktualne doświadczenie. Na poniechanym (chwilowo?) początku albo na wrażeniu tak jeszcze świeżym, że nosi w sobie ledwie zapowiedź wielu innych momentów, cudownych, dramatycznych, zamyślonych. Dlatego trzeba je zanotować możliwie dokładnie, aż do momentu, kiedy wyczerpie się zapas konkretów, względnie intuicji. Potem może trzeba będzie zostawić całość w formie zalążkowego mikrogramu (nie bez powodu w roli motta do tej książki występuje wyimek z miniatur Roberta Walsera), który potencjalnie może się rozwinąć w nowe opowiadanie, esej, felieton, anegdotę, ironiczną humoreskę. Lecz na razie wiele z tych zapisków jest tym czym jest i dobrze im z tym. Czytelnik również nie powinien narzekać. 

Warsztatowa wersja tekstu przeznaczonego do publikacji  w Dwumiesięczniku Literackim "Topos".

środa, 13 listopada 2013

"Lech Bądkowski.Obrazy z życia."


Z powodów generacyjnych, czyli całkiem obiektywnych, nie zdążyłem poznać zmarłego przed prawie trzydziestu  laty Lecha Bądkowskiego. Czego do dziś żałuję, bo autor "Odwróconej kotwicy" należy do tych, którzy najsilniej kształtowali rozumienie pomorskości, ukazując ją jako pewien fakt nie tylko etniczny, ale i kulturowy. Dlatego obecność na wernisażu rysunków przedstawiających biografię pisarza w formie komiksu uważałem za swój czytelniczy obowiązek. 
Bohater spod Narviku, pierwszy doradca robotników w strajkującej Stoczni, nawet w komiksowym ujęciu, pozostał postacią wielowymiarową. Bardziej niż wszystkim innym okolicznościom zawdzięczamy to studyjnemu  podejściu do tematu, zaprezentowanemu przez każdego z sześciorga młodych rysowników, artystów o pewnej kresce i dynamicznej wyobraźni. No i najważniejsze: każdy z nich doskonale opanował sztukę trafnego skrótu, pozwalającą z historycznej perspektywy ogarnąć okiem epoki, na które życie Bądkowskiego przypadało - zwłaszcza gęsty od wydarzeń początek lat osiemdziesiątych. Zastosowali nadzwyczaj nośną formę przekazu, która może się okazać znakomitym wstępem do lektury powieści Bądkowskiego. Tym bardziej, że wznowiono właśnie powieść "Połów nadziei" w jej autorskim, wolnym od cenzorskich ingerencji kształcie. Narracyjnie osadzoną wprawdzie w pomorskim kontekście, ale w swoim przesłaniu kontekst regionalny przekraczającą. Kto chciałby się co upewnić co do jej wartości, niechże posłucha rekomendacji, jakiej udzielił  jej Paweł Huelle.


środa, 6 listopada 2013

Xawery Stańczyk, Skarb piratów, Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2013.

Poetycka persona wierszy Xawerego Stańczyka robi wszystko, abyśmy przypadkiem nie pomyśleli, że młódź nasza niewinną jest. Zastanawiam się tylko, skąd w tym chłopcu (podmiot Skarbu piratów wygląda na znacznie młodszy niż metryka autora – rocznik 1985) taka wiedza na temat natury zła? Najeżony, nastroszony – straszy otoczenie. W rytmie rapu poucza adresatkę początkowego wiersza: „Wiesz, co się liczy, szacunek ludzi ulicy,/ kasta miasta, master, z tego się nie wyrasta/ a jak to cię przerasta, to się idź pochlastać, basta!” (Piekło). Kilkanaście wersów dalej objaśni: „piekło nie polega na cierpieniu,/ lecz na zadawaniu cierpienia. Bez litości.” (tamże). Swoim złem się napawa. Nie podchodź, nie dotykaj niedotykalskiego! W przerwach kontempluje swoją sytuację nieszczęśliwego pośród innych nieszczęśliwców płci obojga (Dark water). Niekiedy uwzniośla się swoim cierpieniem. Na ogół jednak przyznaje się do emocjonalnego pokrewieństwa, a to z ogrem-pechowcem – bohaterem dobranockowej kreskówki (Toadie), a to z białym misiem opiewanym w discopolowej piosnce. Milsza mu widowiskowa dezintegracja niźli żmudne podnoszenie się z upadków (Rozpad). Subkulturę emo traktuje niezbyt serio  (Słabe), Nie zamierza cierpieć stadnie. Swoje miejsce, swoją ideę przewodnią, swój barwny styl życia odnajduje daleko od centrów czy mainstreamów, zasila szeregi prekariuszy, ludzi niepewnych jutra: Prekariat na zielonej, śmieciowej wyspie,/  pirackie rejsy, prosto w oko sieci, surferów w kolorowych pokojach/ wynajmowanych na szaro./ Wdzięk niekonsekwencji,/ by tańczyć na zerwanych łączach tęczy” (Niemądre, ale fajne wiersze).

Skąd wzięła się taka postawa? Po części z obserwacji znaków czasu, o czym jeszcze za chwilę. Motywuje ją także lęk przed dorastaniem, ściślej – przez wmanewrowaniem w dorosłość (por. Kolejny tom wykładów Michaela Foucault) przez jakąś złowrogą siłę. Dlatego najlepiej zakląć ją wierszem wzmacnianym bluzgami. Albo też zadeklarować się jako osobisty wróg publicznego porządku, ładu i składu.  I dalejże epatować burżuja! Z braku burżuja można wziąć na celownik całkiem sympatyczną panienkę zatrudnioną w korporacji   (Robaczki). Zastanawia mnie wszakże, że tak przenikliwy w kwestiach krytyki społecznej poeta, gdy podejmuje problematykę polityczną,  zaczyna żonglować przewidywalnymi stereotypami; czuje się w obowiązku przypomnieć o tradycyjnym polskim” antysemityzmie  oraz obśmiać katastrofę smoleńską tudzież prezesa pewnej partii, posiadacza kota. Jak godzi fajnopolacką eksploatację tych klisz z deklaracjami o kontrkulturowej, anarchistycznej, niezawisłości własnego światopoglądu (Demonstracje),  pozostaje zagadką.  

Doceńmy wszakże jego wiersze około-miłosne. Ich metaforyka zachowuje ekspresyjność, artykulacja się jednak uspokaja. Wtedy do głosu dochodzi melancholia rozstań (Którą mam) albo pragnienie czułości (Pocałunki). Taki szorstki liryzm, bardziej do mnie przemawia niż rozgadane tyrady, efektowne za sprawą brawurowych nawiązań do poszyj autorów rozmaitych (przykładowo:Władysław Broniewski, Krzysztof Kamil Baczyński, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Julian Tuwim, Bruno Jasieński) . Zręczny ze Stańczyka majsterkowicz. Montażu wiersza Poor little rich girl (składam wiersz z twoich słów) mógłby pozazdrościć sam Adam Słodowy.  Dlatego ma Stańczyk chyba większą szansę sprawdzić się jako liryk niż jako publicysta.   

Warsztatowa wersja większej całości przeznaczonej do publikacji w Dwumiesięczniku Literackim "Topos"

środa, 23 października 2013

Katarzyna Bolec: Plusk, Biblioteka Nowej Okolicy Poetów/Podkarpacki Instytut Książki i Marketingu, Rzeszów 2012.

Debiut Katarzyny Bolec mieści w sobie wiersze pisane z drugiej strony dzieciństwa. Proces dorastania stał się jednym z najważniejszych i najciekawiej podjętych tematów jej tomiku. Dzieciństwo jest w tu sytuacją poszukiwania odpowiedzi na zadawane wprost oraz przeczuwane dopiero pytania. Odpowiedzi mogą znaleźć się wszędzie. Może udzielić ich modny aktualnie przebój lub wspólne przeżywanie rytuałów przyjaźni na dobre i na złe (***, to lato w nas pokutuje…), po której pozostają pamiątki, prawie jak żywe (Filmik). Najciekawsze są jednak opowiastki i obrazki z epoki przejściowej ilustrujące przemianę dojrzewającego człowieka, jego socjalizację, wejście w cywilizację dorosłych, nabywanie nowego języka. Teraz za jego pomocą należy opowiedzieć świat sobie i innym; doskonalić „nieskończone sposoby opisywania nicości” (***, Na razie tańczysz z wilkami…). Najprawdopodobniej dlatego dwakroć  spotykamy tutaj Pocahontas przechodzącą cywilizacyjną inicjację połączoną z całkowitą przebudową struktury emocji i wyobrażeń. Początkowo socjalizacja grzęźnie na etapie nieprzynależności, gdy liryczne „ja” stwierdzi: „Przyswajam obcą składnię/ Geometrię języka/ Jak pies/ wyjący nieidiomatycznie do księżyca”(***, Jestem bezpańska… ). Dopiero potem decyduje się zanurzyć w dorosłość. Rozstaje się z hitami Madonny. dojrzewa do ryzyka. Ze zdziwieniem zauważa, że „Przejście z jednego stanu w drugi/ Tak naprawdę wymaga tylko/ Dobrze dopasowanego/ Kostiumu/ Nie musi być wcale trendy/ Ważne, żeby był jak druga skóra/ Którą można zrzucić/ Kiedy chcesz wypłynąć/ na głęboką wodę” (wiersz tytułowy).
  Proces dojrzewania wydaje się jednak utrudniony za sprawą warunków zewnętrznych, jakże odległych od tych które „niemodne nastolatki w skórzanych płaszczach/ z importu” (***, Kiedy wreszcie zdecydowałam się zamówić wódkę…) obserwowały w amerykańskich filmach. Bohaterka wierszy Katarzyny Bolec, tworząc alternatywną wersję własnego życiorysu wolałaby trafić na amerykańską prowincję, najlepiej w epoce hippisów (Słońce też wschodzi), zaprzyjaźnić się z szesnastoletnią Maud. A może się w nią wcielić? (Tylko co na to Magda i Anka, jej przyjaciółki-siostry?). Ostatecznie  zadowala  ją Anglia, gdzie może „poczuć się jak Pani Jeziora/ albo przynajmniej jak dziewczyna Robin Hooda (od samego rana w sobolowych futrach)” (Epistoła narnijska).
   W każdym razie  jeśli podróż, to zdecydowanie drogą wodną. W kolejnych wierszach silnie zaznacza się motyw żeglugi przechodzącej w dryfowanie po nieznanych akwenach (Ciemne morza). Towarzyszą jej obrazy emigranckiego zadomawiania się w nowej przestrzeni, w nowych obyczajach (Primark fashion show albo Tea for one). Owo spotkanie dwóch wątków: edukacyjnego i emigranckiego każe się zastanowić, czy dojrzewające dziecko nie jest również przychodźcą w krainie dorosłych?


   


środa, 9 października 2013

Marek Pacukiewicz: Budowa autostrady, MaMiKo, Nowa Ruda 2012.

Któż by pomyślał, że nader kontrowersyjna inwestycja III RP zaowocuje niebanalnym debiutem? Spore znaczenie ma dlań kreacja podmiotu – eksploratora placów budowy, podejmującego swoje wyprawy z pobudek literackich, wiedzionego chęcią wpisania się w epicką opowieść, choćby jako  świadek epokowych zdarzeń. Chętniej jednak przyjmuje postawę komentatora lub egzegety przemieniającej się przestrzeni. Proces przemiany śledzi w bardzo sposobnym ku temu momencie: gdy odchodzą odwieczne znaki i znaczenia, zastępowane innymi – nowymi, bogatszymi, bardziej atrakcyjnymi. Można chyba zaryzykować hipotezę, że trasy przelotowe, wiadukty, węzły, obwodnice z wolna obrastające infrastrukturą, uważa poeta za zespół sensów, który należy stekstualizować w zapowiedź coraz wspanialszego, bo coraz bardziej mobilnego, świata. Z  poczuciem wyższością myśli o potomnych badaczach, którzy za kilkanaście pokoleń, podczas wykopalisk  spróbują odczytać ślad działań jego współczesnych (zob. wiersz Szczątki). Sam zresztą chciałby, aby owi archeologowie  zaliczyli go w poczet budowniczych autostrad, dołączyli  go do grona skrzętnych tubylców – budowniczych suwerennej autostradowej krainy nieomal po breughlowsku wkomponowanych w odmienione pejzaże (Inny obraz).
  Wędrując obrzeżami, poboczami, podmiot doświadcza prawdziwej  technofanii, nadającej rzeczywistości całkiem nowy kształt, przeobrażającej ją od samych posad i podstaw (por. wiersz Epifania). Swoje afirmacje wypowiada, jak się zdaje, całkiem serio. Łatwo się godzi z faktem przebudowy świata nawet za cenę zakłócenia rytmów natury. Podobnie potraktuje fakt zagłady przedmieść, zaanektowanych przez królestwo już nie z tego świata, „Gdzie rozkład niedoskonałości i plan ideału/Śpiewają zgodnym chórem” (Wyburzanie ogródków działkowych). Znany co najmniej od czasów Psalmisty symbol drogi oznaczający najczęściej jednostkowy sposób życia stał się teraz figurą rozpędzonego funkcjonowania cywilizacji. Zogromniała droga jest jednocześnie jej Wielką Matką, żywicielką, żywotną arterią. Dyktuje wybory etyczne wyrażone choćby poprzez zgodę na pobranie do transplantacji organów potencjalnej ofiary samochodowego wypadku. Formuła takiej deklaracji, jak kiedyś modlitwa lub zaklęcie, została spisana „na kartce schowanej w torebce/ niczym podręczne lusterko/ między dowodem osobistym a prawem jazdy”  (Linie). Nawet lokalny ruch pojazdów nabiera cech liturgii – podobnie jak ona wymaga powtarzalnych, skupionych gestów kierowcy. Może obiecywać swego rodzaj oświecenie, nawet odkupienie wyznawców technologicznego panteizmu (por. wiersze Piątek; Strefa zgniotu). Powstawanie autostrady ma  także wymiar paraartystyczny. Proces jej budowy traktuje  Pacukiewicz jako work in progress, posąg cywilizacji,  pomnik z asfaltu i kruszywa, trwalszy niż ze spiżu, zdolny przetrwać nawet kres dziejów (zob. Koniec świata 2012).
  W zestawieniu z wierszami przetwarzającymi przydrożne obserwacje samotnego wędrowca, teksty autotematyczne, poetologiczne prezentują się trochę mniej okazale: jako preludia, wprawki, próby (udane!) ustawiania głosu lub zawierania wstępnych porozumień z patronami poezji Pacukiewicza: Albertem Camusem, Paulem Celanem, Josephem Conradem, Zbigniewem Herbertem. Często też kładą fundament pod formy rozbudowane, sprozaizowane, bliskie esejom (Rewitalizacja kwartału) lub fragmentom filozoficznym (Tabula). Ale skupiający w sobie wszystkie zalety tych form tekst Wybuch metanu. Zarys poematu sugeruje, że Pacukiewicz z powodzeniem podjąłby zadanie epika, gdyby sztuka opowiadania heksametrem, aleksandrynem albo trzynastozgłoskowcem nagle wróciła do łask.              

Fragment większej całości przygotowywanej dla Dwumiesięcznika Literackiego "Topos".