sobota, 2 lutego 2019

Maciej Bobula, wsie, animalia, miscellanea, Fundacja Duży Format, Warszawa 2018.





Kiedy poeta-debiutant oświadcza: polskie wsie// część ciebie/ część mnie”, wyraźnie wie, co mówi. Czuje się to od już od początkowego, stuprocentowo antyidyllicznego wiersza szalejów.  Od samego początku wiadomo także, że Bobula czytelnika oszczędzał nie będzie. I nie oszczędza w imię autentyzmu. Kiedy już zaakceptujemy zaproponowane przez poetę konwencje lekturowe, zobaczymy jego podmiot wpierw jako lokalsa, ale lokalsa wyedukowanego próbującego teoretyczną wiedzę zweryfikować w konkretnej, namacalnej, doskonale znanej, przestrzeni (zob. nowy korbut a serce w boljerze). Dysonans poznawczy okazuje się dlań wyjątkowo inspirujący, ba, skłania go nawet do rezygnacji z postawy reportera i do przejścia na poziom pozornie tylko naiwnego opisu rzeczywistości. Bezpośredniość wyjątkowo dobrze mu służy i w szeleszczącym polskimi spółgłoskami słowie ożywa obraz poniemieckiego, ponurego sioła, gdzie absurdalne dramaty takie jak wypadki przy pracy (por. brona) rozgrywają się w pejzażu rozległych pól. Wszystko zaś, niezależnie od pory roku przenika atmosfera monotonii i rezygnacji (biała zima); czytamy tutaj: “wiosną obierki, / latem obierki, / jesienią obierki, / zimą obierki// są.// w nich mam upodobanie.” (obierki). Tego stanu rzeczy w żaden sposób nie może odmienić obecność Edka, garbatego nosiciela poezji. Niby współplemieńca, współbrata w alkoholowych ciągotach, ale przecie poniekąd artysty. Liryczne “ja” zbioru tomu wyraźnie akcentuje jego duchowe powinowactwa z Hrabalem i Herbertem, zatem z nie byle kim. Generalnie jednak wycieczki po-wiejskie stają się dla Bobuli okazją do formułowania osądów społecznych zakorzenionych w historii z katolicyzmem i antysemityzmem na czele („polskie wsie// mordowały żydów nie zabiły Jezusa”), gdzieniegdzie zdołał nawet posłyszeć echa epoki pańszczyźnianej, przypomniał chłopskie nieszczęścia, prymitywizm, upodlenie („polskie wsie// rów pełen pijaków/nasiąknięte moczem portki”). Nie wykluczam zresztą, że wiejskie środowisko traktuje jako pars pro toto całego społeczeństwa, bo niby jakże inaczej dałoby się wytłumaczyć umieszczenie właśnie w pierwszej części książki zjadliwej, diagnozy ogólnonarodowego alkoholizmu prowadzącego do zbiorowej biodegradacji, której przyczyną cierpki jabol z ojczyzną na etykiecie. Hm… istotnie musi to być trunek podstępny a szczególnie jadowity, skoro sparaliżowany nim naród „leży na mapie jak nawóz/ którego gleba nie chce przyjąć”. Byłby-ż zatem zainteresowany moralnym zbudowaniem współczesnych? Wolne żarty. Ani prorok z niego, ani pozytywista. 
Więc może… animalista? Już prędzej. Nie zdziwiłbym się zanadto, dostrzegając go na jakiejś demonstracji radykalnych ekologów. Można ów ekologizm uważać za akt ekspiacji za chłopięce okrucieństwa względem pospolitych płazów (zob. smutna żaba pepe). Teraz  jednak ów żal za niegdysiejsze przewiny wzmacnia trochę dojrzalszy namysł nad naturą człowieka oraz jego ewolucyjnych pobratymców umieszczony w kontekście nadprzyrodzonym zastanawia się bowiem poeta: “a może to jest właśnie tak, że   niektórzy z nas/ pochodzą od małp bonobo,/ a tylko niektórych stworzył bóg? // skąd więc zło?// bo raczej nie od małp bonobo.” (małpy bonobo bezinteresownie pomagają innym zwierzętom, to fakt). Zanim zaczniemy się gorszyć takowym poglądem, zauważmy, że mamy tu do czynienia raczej z zapytaniem niźli z konkluzją. Pewne wnioski sugerują nam inne, zamieszczone w tym debiucie teksty, gdzie odwracając ludzko-zwierzęcą hierarchię gatunków, wprost zakwestionował debiutant uprzywilejowaną pozycję człowieka w łańcuchu pokarmowym (myśliwy) lub w porządku przydatności medycznej (zob. ludziobicie). 
Prawdziwy jednak hardcore czeka nas w części trzeciej. Zamieszał tu poeta na całego. Nic zgoła dlań świętego, od chłodnego sacrum śmierci poczynając (por. martwy człowiek (plus ça change plus c’est la mȇme chose)). Potem robi się już tylko ostrzej i coraz bardziej groteskowo. Świat wypadły z formy dosłownie w ostatniej chwili daje się uchwycić w strofy, gdzie pojawi się wyraźnie niewyżyta mama (spotify) albo gromadka dziewuszek praktykujących dość intymny rodzaj bliskości (i know you’re fucking someone else, czyli). Towarzyszy im policjant w akcji (wiersz obok) tudzież naród. Naród, ma się rozumieć, zły w swoich religijnych uroszczeniach (my chcemy boga). Hmm… przeciwników ustawił sobie poeta dość standardowo. Ale swoją krytykę prowadzi bynajmniej nie z pozycji oświeconego liberała, ale – co wypada odnotować – postrzega ją oczyma obywatela i ofiary późnej nowoczesności, wolnorynkowego kapitalizmu, systemu ludożerczego (capital holocaust). Brutalny bywa Bobula w swojej krytyce, oj bardzo. Tym bardziej zaskakuje (zdecydowanie in plus) jego świadomość warsztatowa. Na pierwszy rzut oka za jej najbardziej ewidentny przejaw należałoby uważać dywagacje wokoło poetyki Celana i Krynickiego. Ale bodaj najciekawiej o niej świadczy umiejętność operowania… wulgaryzmem. Nie żebym od razu zagustował w dyskursach plugawiących mowę. Wulgaryzm wzmacnia niekiedy siłę ekspresyjną wypowiedzi. Ale nadużyty irytuje prostactwem bluzgu lub nudzi. Że jest to jeden z najbardziej ryzykownych środków retorycznych powinien sobie zdawać sprawę właściwie każdy, nie tylko początkujący, autor.



Fragment większej całości przeznaczonej do publikacji w Dwumiesięczniku Literackim "Topos"


wtorek, 22 stycznia 2019

Robert Rutkowski, Wywołuję siebie z ruin, WBP i CAK, Poznań 2018.


Lektura nowego tomu Roberta Rutkowskiego należy do przeżyć ekstremalnych. Podobnie może czuć się ktoś, kto wraca z wycieczki do krateru czynnego wulkanu; w wersji łagodniejszej – z rumowiska albo z wysypiska śmieci. Takie właśnie miejsca przypomina teraz uniwersum owego zbioru, gdzie poeta unika wszystkich, drobnych zresztą, usterek swego debiutu (Chodzę spać do rzeki, 2015), a pomnożył jego zalety. Utrzymuje w ryzach język, puszcza na żywioł imaginację Kiedy prześledzimy tu przypadki i przygody lirycznego „ja” na końcu zastanawiamy się – jakim cudem je przetrwało i jak  potrafi jeszcze mówić dobrze ustawionym głosem. Napisać o tych wierszach, że postapokaliptyczne, to za mało. Nawet dla tych, co do rozmaitych katastrofizmów  (było już ich trochę) zdążyli przywyknąć, świat otwarty w tym zbiorze odsłoni zindywidualizowaną wersję Apokalipsy. Trudno dociec przyczyny tego kataklizmu. Niespecjalnie bym się zdziwił, gdyby dało się ją wysnuć z samej istoty rzeczy, z nieznanego, zaszytego gdzieś, w niewidocznym tle rzeczywistości, potencjału autodestrukcji, przynależnego do jej DNA zdolnego zburzyć wszelkie znane lub zakładane porządki z porządkiem stabilnych wyobrażeń na czele. Wówczas tego, kto porażoną zagładą przestrzeń zamieszkuje lub chwilowo do niej zajrzy, nawiedzają spiętrzone wizje, choćby takie jak ta: „dokoła zmieszane budynki z drzewami// pola z miastami i zalegający w przełyku/ beton czy to ziemia smutna czy roztańczona/ aż tak bardzo że zapomniała, że poza murami/ własnego ciała tańczy jedynie na orbicie” (Wrzesień), że o wierszu-obrazie prowokacyjnie zatytułowanym Wielkie pieprzenie (sprawdzicie, co to za przyjemność?) nie wspomnę. Przez owe zmarłe miasta, przez zaśmiecone organicznymi szczątkami topieliska (Moczary), wędruje się jak gdyby z musu, bo strach gdziekolwiek przysiąść. W którąkolwiek spojrzeć stronę  – grząsko, pustynnie, hadko. Tylko niektóre sugestie pozwalają przypuszczać, że bezmiar zniszczenia kryje się pod powierzchnią trwałych z pozoru pojęć, przedmiotów lub materii, tam mianowicie, gdzie dociera wzmocniona intuicjami wyobraźnia (por. Drewno).

   Z wnętrza takich pejzaży mówi do nas fantomowy, pałubiczny, okaleczony podmiot. Niby zabłąkany szuka drogi (Gęsiarka), ale pośród widziadeł porusza się zaskakująco zręcznie. Schodzi na moment do świata podziemnego (bywał tam i wcześniej), acz znudzony tamtejszą martwotą, kieruje się ku bliżej nieokreślonemu „zewnątrz” (Wyjścia). Chciałby czmychnąć z tekstu? Bez obaw, nie zrobi tego. To szanujący się podmiot liryczny, więc o żadnym samowolnym oddaleniu się nie być tu mowy. Kimże jednak jest? Może upiorem, majakiem objaśniającym inne majaki ale – co w świetle początkowego wiersza zdaje się wcale prawdopodobne – animatorem marionetki łudząco do siebie podobnej, rezultatem „ukuklenia się bez przytomności” (Z piasku). Żywy czy martwy, pałubiczny czy samosterowny, wcale dziarsko porusza się po poetyckiej przestrzeni, która, jako się wcześniej rzekło, stawia wysokie wymagania nawet zaawansowanymi miłośnikom survivalu. Raz zechce się objawić jako główny, choć bierny bohater zabiegów prosektoryjno-funeralnych (Biel), innym zasię razem deklaruje chęć osiedlenia się na słońcu (Mieszkaniec). A nade wszystko z upodobaniem monologuje refleksyjnie na temat własny tudzież całkiem nieoczywistej natury świata tego (Legenda). Nie miejmy mu tego za złe, bowiem właśnie w takimi monologowaniu wychodzi na światło dzienne to, co oniryczne, podskórne, podprogowe, rozgrywające się na rozmaitych poziomach (nie)świadomości. Spragnione wyrażenia językiem feerycznych widzeń wzbogacanych o nowe wywiedzione, z synestezji szczegóły (zob. Ręce widzą). Pojawiający się w debiucie zespół słów-kluczy, tutaj poszerza się się o nowe pojęcia: „drzewo”, „las”, „tkanina”. Na ich głębszą eksplikację przyjdzie jeszcze czas, gdy w kolejnych tomach otoczą je nowe konteksty. Teraz potraktujmy je jako oznaki, że poezja Roberta Rutkowskiego konsekwentnie się rozwija. 

Warsztatowa wersja tekstu przeznaczonego do publikacji w Dwumiesięczniku Literackim "Topos"


sobota, 12 stycznia 2019

Aleksandra Francuz, Papier ścierny, Towarzystwo Przyjaciół Sopotu , Sopot 2018.



Po interesującym, naprawdę interesującym, debiucie Michała Czoryckiego (Cztery strony świata) biblioteka „Toposu”, której program zdecydowanie kładzie akcent na autorów z zauważalnym dorobkiem, zaprezentowała czytelnikowi kolejnego debiutanta, a właściwie debiutantkę. Tomik szczuplutki, niecałe czterdzieści stron zapełnionych lapidarnymi szkicami, spostrzeżeniami, uwagami. Zatytułowanymi lub takimi, gdzie rolę tytułu odgrywa incipit. Co sobą przedstawiają? Jeszcze nie spójny światoobraz. Raczej zarys pewnej strategii świato-odbioru, gdzie na plan pierwszy wysuwają się intencje, zamiary, pomysły. Czy zatem lektura tego tomu z góry skazuje na czytelnika na niedosyt? Niekoniecznie. Bowiem frapujące bywa tutaj już samo śledzenie kolejnych prób nadawania imion fragmentom rzeczywistości, dotykanie życia słowami, stanowcze w swoim uporze doszukiwania się prawdy, a jeśli nie prawdy – to z całą pewnością wyrazu, czyli sposobu, w jaki ten lub inny fenomen chce się otoczeniu u-świadomić, uobecnić w powstającym spontanicznie słowniku, wyjść z bezimienności (zob. księgi), albo, idąc dalej, ujawnić swe źródło, podłoże, z którego wyrasta. Bo imię – sugeruje debiutantka – to niezatarty odcisk, ontologiczny ślad w języku. Używanie mowy zatem – wciąż pozostajemy na przedłużeniu ścieżek wytyczonych przez poetkę – możemy utożsamić z procesem nadawania imion. Kreacja literacka przenosi ten proces w osobną przestrzeń aktu twórczego, gdzie twórca jest zarazem łowcą i iluzjonistą zdolnym do przemodelowywania rzeczywistości według indywidualnych reguł (Fleet Street).

   Podmiotka, respektując niegotowość świata, nieustanie próbuje się do niego przymierzyć. Otwartość istnienia, zaciekawia ją, budzi przeczucie niespodzianki lub przynajmniej obietnicy czegoś nowego, dotąd nieznanego; czegoś, co się dopiero kształtuje lub ujawnia (lubiła przymiarki). Lub wychodzi spośród rodzinnych opowieści o czasach zamierzchłych o czasach zamierzchłych, tragicznych jak dawna wojna, w których roztrząsania historiozoficzne muszą ustąpić przed doświadczeniami zapisanymi w pamięci surowo, bezpośrednio (por. pieczęć ; na to trzeba stu lat). Zresztą w tym zbiorze od samego początku często rozbrzmiewają cudze głosy, przede wszystkim głos starszej kobiety (babki? archetypicznej pramatki? animy?) kontrapunktowo zestrojone z jego tonacją. Takie rozwiązanie pozwala spotkać różne perspektywy i sądy. Siłą rzeczy – subiektywne. A chociaż podmiotka szuka własnego, odbicia w obserwowanych przedmiotach (w ilu dnach), koniec końców musi przyjąć do wiadomości, że jej wiedza o sobie, pochodzi spoza niej; z cudzych sądów. „z ludzkiego gadania/ z narosłych komentarzy/ do źródła poczęcia/przypadku wolnej woli rozgrywek szachisty/ determinantów wszelkiej maści” (przechodzi się z ust do ust). Bynajmniej nie wpływa to na ustawienia jej wewnętrznego barometru wrażliwości (wyczuję pod stopami) ani nie osłabia determinacji, z jaką łączy ciało lub materię z wypowiadanym czy zapisanym słowem (por. wiersz tytułowy) i krystalizuje ją w zupełnie nową jakość: „ujmuję w/ nawias/ treść węższą/ to co wypada/ z wiązadeł ogniwa łańcucha/przekładnie duszy” –
takie trochę technologiczne wyznanie streszcza nieomal wszystkie założenia warsztatowe debiutantki Poetycki rytuał rozgrywa się tutaj w uwarunkowanej cyklami natury przestrzeni wiejskiej, gdzie jakby łatwiej trafić na rozstaje życia i śmierci, a także – na rozstaje języka (zob. chodzenie po ziemi). Zawsze daleko od sielankowej czy arkadyjskiej mitologii, natomiast blisko pierwotnego wyobrażenia domu (z dziejów zabudowy chłopskiej) lub czynności na wskroś powszedniej jak przerób mięsa po uboju (ruchome cienie). 
   Jasna sprawa: otrzymujemy tu ledwie próbkę talentu. Ale na takim już poziomie, że debiut Aleksandry Francuz wolno nam uważać za zapowiedź zbioru podebiutanckiego. Mam nadzieję, że będzie obszerniejszy.

Fragment większej całości przeznaczonej do publikacji w Dwumiesięczniku Literackim "Topos"







piątek, 28 grudnia 2018

Nadmorze 19. O wierszach Marka Czuku z tomu "Stany zjednoczone" (FORMA, Szczecin Bezrzecze 2018)




Omówienie zbioru Marka Czuku z tomu "Stany zjednoczone" (Forma, Szczecin-Bezrzecze 2018). Książki wręczone i nadesłane.
Linki:
Wydawnictwo FORMA:
http://www.wforma.eu/
Galeria Literacka przy Galerii Sztuki Współczesnej BWA w Olkuszu
https://bwaolkusz.com/galeria/
Strona autorska Jerzego Hajdugi:
http://jerzyhajduga.pl/dobra-cisza-zatrzymac-z-czasu-chwile/

Materiał muzyczny:
Dee Yan-Key, Pleasant_Anticipation
Dee Yan-Key, On Christmas Eve
Z płyty Christmas Album
na licencji Creative Commons



sobota, 22 grudnia 2018

Iwona Młodawska-Waterson, Krucza Góra, Fundacja Kultury AFRONT, Bukowno 2017.



Zbiór wyglądający na efekt zgodnej współpracy autorki i redaktora lub nawet – redaktorów, czy pierwszych czytelników w liczbie pojedynczej lub mnogiej. Uważna, redakcyjna, krytyczna lektura wysokogatunkowego „materiału wyjściowego” zaowocowała debiutem bezspornie udanym, wyróżniającym się na tle innych, podobnych pisanych pod dyktando nastrojów, a więc po prawdzie – z zastosowaniem dość pospolitej strategii eksponującej atmosferę przeżyć . Iwona Młodawska-Waterson łowi je całymi garściami. A może – jest odwrotnie? Może one same przychodzą do niej, one ją wybierają, ufne w jej wrażliwość, w otwartość zmysłów? Nie odrzucajmy i takiej hipotezy. Bo czasami mam poczucie, że poetka tylko czeka, aby je zwerbalizować;  przykładowo w śródmieściu tuż obok ławki „z widokiem/ na gigantyczne liście łopianu” (Botaniczny), na tytułowej podolkuskiej Kruczej Górze , w zimową bezsenną noc (Styczeń); być może właśnie po to bierze na warsztat przypomnienie z dzieciństwa (Imię Róży). Sztukę tworzenia wierszy-emocjonalnych ideogramów wyćwiczyła naprawdę porządnie. Szczęśliwie na tym nie poprzestała. Prawdziwie wzruszające są tutaj te momenty, gdy zapis asocjacji i wrażeń zaczyna ujawniać egzystencjalną treść, kiedy przypomina o głębszych wymiarach bycia: zagubionego metafizycznie (por. Niedziela) uświadamiającego sobie własne położenie pomiędzy dwoma biegunami: miłości i śmierci lub przeżywającego niemożność uwolnienia się od wzorców, scenariuszy dyktowanych przez naturę (Attenborough). Pod koniec tomu nie mamy już wątpliwości, że  to ona narzuca swoją fundamentalną dominację, na której nadbudowują się lub ukorzeniają, wytworzone w świadomości podmiotu bądź zapożyczone z kulturowych narracji struktury mitu (Persefona), baśni (Jack-o’-lantern) lub opowieści przywiezionej z dalekiej, egzotycznej podróży (Starość). Historie, w których mówiące „ja” sytuuje się na przecięciu – nie zawsze oczywistym – różnych porządków lub nie-porządków wywołanych czasem zakłóceniami międzyosobowej komunikacji (Cisza) albo brakiem autentyczności (zob. Nowy nabytek). Bowiem istnienie łączy się tutaj z uwikłaniem w sieć różnorakich napięć, w złowrogie milczenie zwierciadeł (Lustra) lub z zanurzeniem w atmosferze ciężkiej przeddeszczowej nudy (Czarny skrypt). Ale chwile, gdy podmiotce udaje się zawiązać wspólnotę z męskim „ty” niosą ze sobą już coś, co już na pierwszy rzut oka identyfikujemy jako zdolne ustabilizować chybotliwy światoobraz (por. Na wszelki wypadek). 
W przeciwieństwie od całej gromady poetess debiutantka nie szantażuje czytelnika czytelnika swoją kobiecością, nawet jeśli uważa ją za trudną (Legenda) definiowaną przez zawody i utratę (Droga Marianny). Już choćby za to można ją polubić. Aczkolwiek nie tylko. Warto byłoby także docenić również jej umiejętność, nieomal fotograficzną, kadrowania obrazu pełnego niepokojących sugestii : „Amisz/ nie użyje photoshopa/ nie będzie pstrykał/ do setnego razu/ ale i on/ ma swój dowód/ czarno na białym/ oto najpiękniejsza kobieta świata/ w czepcu/ z twarzą wykrzywioną/ bólem albo gniewem/ w ciąży/ stojąca przy zlewie (Tak wyglądasz). Chyba wszystkie wybory stylistyczne debiutantki wydają się skoncentrowane wokoło ekwiwalencji stanów uczuciowo-wyobraźniowych. Jej mocne, świeże metafory (przykład: „księżyc/ biała tłusta baba/ wędrująca donikąd” – z wiersza Ofelia) zachowują jeszcze pamięć o swoim związku z porównaniami w sensie ścisłym (miłość drażni/ jak muchołówka).
Zbiorek raczej z tych szczuplejszych, zatem jeszcze za wcześnie, by stwierdzić, że poetka stworzyła rozpoznawalny liryczny idiom. Na niego jeszcze musi popracować. Lecz naprawdę rzetelnie się stara.



sobota, 15 grudnia 2018

Marek Stachowiak, Tata jest od tego, tercja. com, Poznań – Gorzów 2018.



Eseje? Pogadanki? Filozofujące fragmenty poukładane w wersy? – Zastanawiałem się po raz pierwszy wertując debiut Marka Stachowiaka. Bo za ewidentnymi przejawami poetyckości trzeba się po tym tomiku trochę rozejrzeć. Proponuje nam autor poezję antypoetycką, apoetycką może? W pewnym sensie retoryka jego tekstów pochodzi wyraźnie spoza poezji, z publicystyki, używającej słowa jako wehikułu treści dyskursywnych, co daje się zauważyć, zwłaszcza tam, gdzie podmiot opowiada o sobie oraz o swoim środowisku. Stylizuje się to na jednego z tłumu, zwykłego pomiędzy zwykłymi, to na intelektualistę, sięgającego daleko ponad lokalne horyzonty. Właśnie pomiędzy tymi dwoma biegunami oscyluje tożsamość podmiotu Penetruje on zakamarki niezbyt powabnej codzienności, pozwalając  sobie jednocześnie na marzenia o odwróceniu biegu dziejów (Rzekami od rzeczy do rzeczy); lub toczy literackie dyskusje w klubie miejskiej kultury (Mój 19101 dzień w mieście G.). Nie myślę odmawiać mu prawa do udziału w nich, wszak mają spory potencjał terapeutyczny. Pozwolę sobie jednakże stwierdzić wprost, że znacznie mniej sympatyczne wrażenie robi na mnie budowanie poczucia elitarności na obecnych już w dziesiątkach wierszy, całkiem przewidywalnych, niechęciach do domniemanego faszyzmu, tradycji narodowej i oraz do tzw. mitologii smoleńskiej (zob. np. Strach). Nic nowego pod słońcem, księżycem oraz innymi ciałami niebieskimi. Niech mi tylko ktoś mądry powie, dlaczego zapamiętali orędownicy demoliberalizmu tak rzadko umieją wznieść się ponad poziom zjadliwych docinków i wiecowych deklaracji, a tak często sprzedają czytelnikowi bogoojczyźnianość à rebours. Trzeba wszakże  stwierdzić, oddając poecie sprawiedliwość, że taki przykładowo wiersz-reportaż z peryferyjnego marginesu popegeerowskiej wsi, znakomicie łączy spostrzegawczość z umiejętnością selekcji oraz kondensacji wrażeń. Do końca utrzymuje się w nim napięcie pomiędzy doświadczeniem a symbolicznymi sugestiami. Podobnie skuteczną strategię zastosował poeta w wierszu Donos z ulicy Grobla, gdzie realizm zyskał odniesienie religijne.  Agnostykiem pozostaje jednakże  przekonanym i zatwardziałym, bo stosunki z rzeczywistością wymykającą się zmysłom, poukładał sobie w sposób nader skomplikowany a niedopowiedziany, co chwilami nie przeszkadza mu przyjmować w wierszu perspektywy boskiej i to nie tylko w kontekście procesu twórczego (Trzydziesta trzecia kreacja w Times New Roman na A4). Określenie Zajścia w tytułach rozdziałów pozwalają sądzić, że poezja stała się dla debiutanta przestrzenią, gdzie wyrównuje swoje niezałatwione jeszcze porachunki ze światem, czego nie powinniśmy mu mieć za złe, nawet jeśli sposób ich załatwiania budzi odczucia ambiwalentne. Jest jednakże taki obszar rzeczywistości, gdzie poezja Stachowiaka zdecydowanie wygrywa. Mam tu na myśli relację ojciec–syn. Dobrą relację. Bowiem podmiot doskonale, bardzo szczęśliwie identyfikuje się z rolą ojca, który sporo uwagi poświęca rozpoznaniom syna co do natury świata (zob. wiersz Nadzieja Jakuba) i równie uważnie towarzyszy mu, gdy stawia pierwsze kroki w najbliższym otoczeniu. Ojcowskie zadania, podejmuje ochoczo. Tam, gdzie liryczne „ja” mówi o swoim ojcowaniu znika wrażenie wielosłowia. Ogólnie biorąc, należałoby zalecić poecie trochę ćwiczeń na zwięzłość. Może ponowny namysł nad wyborem retorycznej strategii pomógłby mu doprowadzić do, by tak rzec, zoptymalizowania rozmiarów poetyckiego monologu?



Fragment większej całości przeznaczonej do publikacji w Dwumiesięczniku Literackim "Topos"




Nadmorze 20. O wierszach Mirki Szychowiak z tomu "trzeci migdał". (wydawnictwo j. , Wrocław 2018)

Omówienie zbioru "trzeci migdał". Wiersze w autorskim wykonaniu. Książki wręczone i nadesłane.  Notka o zbiorze Jakie to...