piątek, 29 listopada 2019

Nadmorze 23. Antologia wierszy czytanych: Jan Sochoń: "Wytrwałość"



O jesiennym wierszu Jana Sochonia zaczerpniętym z wyboru "Modlitwa do ciszy" (Bydgoszcz 2019)

Strona autorska ks. Jana Sochonia, http://jansochon.pl/
Zaułek Wydawniczy Pomyłka: http://www.zaulekpomylka.pl/
Klub Integracji Twórczych Stowarzyszenie Żywych Poetów: http://zywipoeci.pl /
Galeria Autorska Bydgoszcz http://autorska.pl/
W odcinku wykorzystano kompozycję Chada Croucha Barefoot na licencji Creative Commons 3.0.



sobota, 12 października 2019

Adrian Tujek, Niebieskie nie schnie, WBP i CAK, Poznań 2019.




Kto chce dotrzymać kroku poezji Adriana Tujka, ten już na samym początku musi zawrzeć z jej podmiotem pakt, w którym bezwarunkowo rezygnuje z racjonalności i zgadza się na postrzeganie świata według narzuconych przez poetyckie “ja” arbitralnych, ekstrawagancko nieprzewidywalnych reguł. Wobec inwencji debiutanta wszelki opór jest daremny. Rzadko też się zdarza debiutancka książka tak równa, jednocześnie prowadząca język na najdalszy kraniec abstrakcji. Ową abstrakcyjność najłatwiej zauważyć, przyglądając się użytym w niej nazwom geograficznym, toponimom (zob. Krótko o Alpach) wbudowanym w tok monologu, ale pozbawionym właściwej im funkcji oznaczania elementów przestrzeni. Ich więź z desygnatem podtrzymuje jedynie wątła nić domysłu lub skojarzenie. Bo język, ściślej zaś, wykreowany przezeń światoobraz, podlega tu całkowitemu przemodelowaniu. Wiersz staje się tu poniekąd filtrem zmieniającym nasze postrzeganie. Tempo, zwłaszcza głębokość, tych zmian może zrazu dezorientować, wprawiać w lekki popłoch. Zwłaszcza, że poeta chętnie odwraca związki pomiędzy elementami tekstowej układanki, pozbawia je jednoznaczności (przykład, dosłownie pierwszy z brzegu: „Jest nadzwyczajnie śliczna dziewczyna/ w roztropnej książce./ Po omacku odwróć ją na grzbiet:/ śliczna książka jest w tej dziewczynie.” wiersz Szkatułka).   Tujek mało się jednak przejmuje harmonizowaniem kolejnego, dodanego do monologu obrazu z jakimkolwiek zewnętrznym porządkiem. Wewnątrz tekstu wyobraźnia działa nad wyraz dowolnie. Znaczenie, jeśli wygeneruje się mimochodem, drepcze o pół kroku za wizją. Bynajmniej nie utrudnia to odbioru pod warunkiem, że będziemy dotrzymywać warunków lekturowego paktu. Jeszcze ciekawiej mają się sprawy, gdy na plan pierwszy wysunie się element narracyjny, gdy wyruszymy na wędrówkę przez zdarzenia, czasem po znakach, wciąż w nieznane. Należy nadto pamiętać, że nawet zmierzając do oznaczonego punktu, zawsze dążymy tam ścieżkami przygodności (por. Ring). Choć wypada zauważyć, że taka dynamika raczej nie służy stabilności związku z lirycznym „ty”. Przeżywa on swoje trochę cieplejsze, czulsze chwile (Jesień jest smutna, nawet kiedy zbierasz dwa kasztany, żeby przynieść mi je do pracy), zanim w pewnym momencie wygaśnie, przekształci się w roz-wiązek (Historia). Oparcia nie daje również osobista mitologia. Próżno w jej przekazie szukać jakiegokolwiek pozytywnego przesłania (Potworna). Z niestałością świata podmiot zdążył się już oswoić; nauczył się już nawet wykorzystywać energię przepływu obrazów podobnie jak siłę ekspresyjną kolokwializmów rzuconych nieomal mimochodem w zakończeniu wierszy Kadencja czy Potworna. To właściwie jedyne odwołania do używanych powszechnie rejestrów mowy. Gdyż również w zakresie języka debiutant dąży do skonstruowania oryginalnego idiomu opartego na zaskakującej metaforze (przykład: „Kiedy dziecko jest oczkiem w głowie./ wszyscy przez nie patrzymy. ” – z wiersza Mrożone jagody w kształcie zamkniętych oczu) oraz na niesłychanym porównaniu; co znać choćby po: usta pełne i ciężkie jak stado jaskółek.

  Tytułowy kolor można tu potraktować jako barwny leitmotiv występujący w również w odcieniach granatu czy błękitu. Można go tutaj uważać za barwę widzenia oraz  wszechobecnej w tym zbiorze wody: żywiołu i substancji pospolitej płynnie przybierającej rozmaite formy. Moje subiektywne skojarzenie podpowiada mi, że monologi Adriana Tujka są ciągle mokre, nasiąkłe. Może wilgotne środowisko najlepiej służy jego imaginacji. Aczkolwiek eksplorowanie go wymaga zaawansowanego wyposażenia tudzież porządnego (czytelniczego) treningu.




niedziela, 6 października 2019

Renata Iwaniec, czasami wieszam się z praniem, Fundacja Duży Format Warszawa 2018.


Wiersze dorosłe. Wiersze dla dorosłych. Obcesowe i bezceremonialne. Zmysłowe i cielesne. Tak celne, że zupełnie nie rażą w nich nawet feminizujące zajawki. Po lekturze takich właśnie debiutów ma się poczucie, że prawo do tworzenia poezji konfesyjnej należałoby w pierwszym rzędzie przyznać poetkom oraz poetom odpowiednio dojrzałym. Chodzi mi tu oczywiście o dojrzałość życiową, mierzoną doświadczeniami oraz akceptacją lub sprzeciwem wobec okoliczności w których znalazło się liryczne „ja”.

   U Renaty Iwaniec na plan pierwszy wysuwa się sprzeciw. Zaledwie otworzymy jej zbiorek, a już czytamy: „nie lubię bajek z białą panną w obsadzie/ nie pasuję do romantycznych opowieści” (na ścianie). Przez całą książkę robi wszystko, aby ten pogląd uzasadnić. Podmiotkę popycha do tego własne, silnie rozbudzone poczucie osobności połączone z nieumiejętnością dopasowania się do społecznej roli wzorcowej matki czy kochanki. Liryczna persona nie odrzuca ich bynajmniej, ale gdy w nie wchodzi, zawsze poddaje swoje w nich funkcjonowanie wielostronnej, bezwzględnej często refleksji. Przypomina nam ona, że a szczególnie przeżywanie miłości i śmierci, nie są bynajmniej zjawiskami całkowicie monolitycznymi, integralnymi. Takie zostały dane bohaterce tych wierszy – dalekiej od ideału. Jednym z kluczowych pojęciem dla całego zbioru jest dorastanie. Najbardziej spektakularny jego rodzaj wiąże się z relacją matczyno-córczyną. Dojrzewanie ma tu wymiar wspólnotowy, przy czym dorastają nie tyle osoby, ile właśnie relacja między nimi. Bynajmniej nie bezboleśnie. Nawet samo miano matki budzi w niej opór wynikły z poczucia niedojrzałości (na imię ma Lena), nie tyle nawet do aktualnych obowiązków ile do procesu dorastania potomstwa (zob. pomyślałam o tobie i o kolejnym wierszu), do bolesnego przechodzenia poprzez lęk, dotkliwość, a nawet obrzydliwość, adolescencji (jakie będzie dorastanie). Zajmowało nas dotąd dzieciństwo szczęśliwe, zdrowe. Poezja debiutantki umie wstrząsająco pokazać jego rozpaczliwą, upodloną nieuleczalną chorobą stronę. Gdy przejdziemy się Aleją Dzieci Polskich zrozumiemy, dlaczego skandal niewinnego cierpienia, prowokuje liryczne „ja” do zbuntowanych wyznań na granicy bluźnierstwa. 
  Z wątkiem rodzicielskim spotyka się w tym debiucie temat umierania, ubywania. Umieranie przedwczesne a powolne, z początku nawet niepostrzeżone, bo rozłożone na dekady (trzynaście jesieni i zim nie wróży zapomnienia), zostało tu przeciwstawione kilku rodzajom śmierci na raz – tak tej fizycznej (tylko w lecie można o zimnych), jak i śmierci uczuć, śmierci miłości i śmierci z miłości, okrywającej osieroconą kochankę, dozgonną żałobą, które to stwierdzenie w kontekście całego tomu, gdzie dość często pobrzmiewa pesymizm, wcale nie wygląda tylko na efektowną retoryczną figurę.  
   Można by sądzić, że wszystkie te doświadczenia wygasiły w podmiotce tego zbioru wszelką tęsknotę za czułością, za budowaniem trwałych związków z męskim „ty”. Bynajmniej. Tyle, że teraz, choć niekoniecznie wierzy w ideał wiecznej miłości (por. że za dziesięć lat) sam związek postrzega jako przedsięwzięcie dla długodystansowców odpornych na porażki czy komplikacje, gotowych stanąć na wysokości dnia. Spoglądamy na tych dwoje z nadzieją, że im się uda. Bo debiut udał się Renacie Iwaniec bezdyskusyjnie.


sobota, 28 września 2019

Jadwiga Malina: Czarna załoga, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich oddział Kraków, Kraków 2018.

Czarna załoga - Jadwiga Malina | okładka


Jeżeli ktoś wierzy jeszcze w przyrodzoną dobroć człowieka, lektura Czarnej załogi wystawi jego wiarę na nie lada próbę. Bo kiedy na samym początku zbioru odczytujemy esemesa od pramatki Lucy, możemy jedynie westchnąć, mając na myśli cały ludzki rodzaj: „tak dobrze się zapowiadał, a wyszło, jak wyszło…”. No właśnie, jak wyszło? Poetka nie zostawia nam złudzeń co do tego, że katastrofalnie. Tak dalece, że żaden z przedludzkich antenatów, których kosteczki skrupulatnie liczą dziś paleoantropologowie, nie miałby najmniejszej chęci przyznać się do pokrewieństwa z homo sapiens. Tyle, że w porządku tych wierszy, grzechem pierworodnym i cechą konstytutywną człowieczego gatunku, nie pycha była, lecz chciwość ciągnąca się skazą przez całe jego dzieje. Poetkę niepokoją przede wszystkim cechy negatywne stanowiące wyróżnik gatunkowy ludzkiego rodzaju: destrukcyjne samolubstwo, śmiertelnie niebezpieczna dla otoczenia pazerność. W wierszu tytułowym, inspirowanym średniowieczną ilustracją Robineta Testarda do dzieła Zwierzęta bajeczne Egiptu i inne cuda świata (ok.1480), czytamy: „Jeszcze całkiem słusznie wkoło. W paszczach. Płetwach./ Jednorogach. Jest kamień na kamieniu. Zamek w dali./Kopytko na nogach. Ale już płynie. Już podpływa./ W mig wszystko rozpieprzy. Czarnego statku załoga.”. Ekfraza wyśmienita, zwłaszcza jeśli porównamy ją z ikonograficznym źródłem jej inspiracji, gdzie w wodach wijącej się rzeki, gdzie gasi pragnienie jednorożec, brodzi sobie, fantastyczny, pokaźny jaszczur, tuż obok kąpie się gad jakiś pomniejszy, a brzegi zasiedla ptactwo pospołu ze efektownymi wizualnie czworonogami. Biała warownia wśród lasów wrosła w otoczenie niby skała. W tle istotnie majaczy czernią malowany korab. Wprawne oko dojrzy tam kilka ludzkich sylwetek. To zdegenerowani, drapieżni potomkowie łagodnej Lucy oraz jej kolejnych w łańcuchu generacji następców: pierwszych myśliwych (zob. Polowanie nad wodą) i pierwszych artystów (Jaskinia). Owych przed-ludzi, w przeciwieństwie do czarnych załogantów, Jadwiga Malina traktuje z czułością, z uwagą, a pod koniec zbioru oddaje im głos, aby o samotności mówili we własnym, poniekąd także w naszym, imieniu.  Wynik starcia człowieka z naturą jest już znany. Co z tej wojny ocalało, zostało wydane na łup ludzkiej żądzy posiadania i panowania – taką pesymistyczną na wskroś diagnozę da się wyczytać z wierszy Maliny. Współczesna zaś cywilizacja zupełnie nie rokuje nadziei, że zdobywca przemieni się kiedyś w rozumnego gospodarza lub bezkonfliktowego sąsiada żyjących na planecie stworzeń. Być może jego chciwość to jakaś mutacja nabyta w późniejszych stadiach rozwoju na całkiem ludzkim już etapie? Od tak pojętej cywilizacji poetycka persona się odwraca; zaleca zbawienną – w całym tego słowa znaczeniu – rezygnację z rzeczy niekoniecznych (O nieposiadaniu), po czym najbliższą ścieżką, biorąc przykład z Davida Attenborougha, podąża jak najdalej „od rasy panów”. 

  Sytuacja ludzkości jawi się tu jako nader trudna. Czy tragiczna? Na to pytanie nie znajdziemy w wierszach Maliny jednoznacznej odpowiedzi. Jej pasja moralna wyraża się na rozmaite sposoby, nie tylko poprzez krytykę; także poprzez mobilizację do zastanowienia się nad jakością naszego myślenia o bliźnich (Buty świata). Natomiast szczególnie zatwardziałych w egoizmie upomina: „Zaprawdę powiadam wam, kto brata swego ma za nic./ Kto mu szkodę czyni. Przez kogo dzieci jego cierpią/ Niedostatek. Ten niech zapozna się z dziełem Memlinga.” (Przed sądem). Prosto, jasno, bez niedomówień.

Fragment większej całości przeznaczonej do publikacji w Dwumiesięczniku Literackim "Topos"


sobota, 21 września 2019

Nadmorze 22. Antologia wierszy czytanych. Maciej Bieszczad: "Upał"




Kliknij, żeby odtworzyć audio.


Interpretacja wiersza Macieja Bieszczada "Upał" z tomu "Kołatanie" (Sopot 2018)

Notatki do podcastu:
Wydawnictwo Forma: http://www.wforma.eu/
W odcinku wykorzystano utwór Pianochocolate "Before the rain" z albumu "Time to meet" (2015) na licencji Creative Commons.
Kontakt z autorem podcastu: lorkowski@wp.pl
archiwum z wcześniejszymi odcinkami "Nadmorza": https://archive.org/details/@piotr-wiktor_



sobota, 14 września 2019

Aleksander Wierny, Sygontka, K.I.T., Stowarzyszenie Żywych Poetów, MBP im. Ks. Ludwika I, Brzeg 2019.


Poetycki debiut Aleksandra Wiernego (autor ma już w dorobku cztery książki prozatorskie) pozwala się czytać jako opowieść o znajdowaniu własnego, nieprzypadkowego, miejsca na ziemi, w tytułowej Sygontce, którą mapa lokalizuje w powiecie częstochowskim.
Więc co? Kolejny sentymentalny inteligent uciekający na wieś, aby cieszyć się pięknem natury oraz poczciwą prostotą stosunków międzyludzkich? Bynajmniej. Podmiot Sygontki jest na to zbyt trzeźwy, zbyt rzeczowy. Emocjami rozporządza powściągliwie, kieruje je w stronę życiowej partnerki i zrodzonego z niej potomka. Wszakże nie należy uważać tej poezji za oschłą czy uczuciowo wychłodzoną. Po prostu przywiązanie lirycznego „ja” do konkretu sprawia, że koncentruje się ono na bardziej obiektywnych elementach rzeczywistości.
Zagospodarowywanie zakupionego siedliska, prócz wymiaru praktycznego, ma wymiar egzystencjalny. W kolejnych fazach przekształceń, podmiot czyni je sobie przynależnym, ale i sam coraz bardziej do niego przynależy. Nie nadweręża tego związku konieczna przecież konfrontacja z lokalnymi przejawami natury, które należy przecież ująć w ramy gospodarskich zamysłów: odebrać ziemnym żukom ich żerowiska na rzecz ogrodu (Będą barwy), ograniczyć pasikonikom ich trawiasto-podwórkowe terytorium (Wzrosną prawdziwe domy), czy bezkrwawo pozbyć się z domu szkodliwych gryzoni (Mieliśmy myszy). Kolejność ogniw w łańcuchu pokarmowym podmiot przyjmuje z dobrodziejstwem inwentarza; znaleziska po zwierzęcych łowach (zob. Będę musiał mordować) utwierdzają go w tym poglądzie, wzmocnionym atawistycznym odruchem myśliwego (por. Martwe, jeszcze ciepłe), więc przekonanym jaroszem raczej nie zostanie. Jednocześnie zdaje sobie sprawę z tego, że i jemu przyjdzie kiedyś ponieść konsekwencje swych starćz naturą (Śmiertelny śnieg). Na razie jednak nie myśli jeszcze przejść do defensywy. Tyle jeszcze przed nim do zrobienia: czuwa nieustannie nad bliskimi, chroni byt rodziny, skupia ją wokoło domowego ogniska (Sztucznie stworzony); uczy syna czynności ważnych dla przetrwania domu, a nawet – dla bezpiecznej ojcowskiej przyszłości (On). Chce mieć czas na towarzyszenie matce swego dziecka w pracach ogrodowych, a do nieobecnej – tęskni (Lepsza era). Stojąc na mocnym fundamencie, autorska persona mierzy się myślowo z elementarnymi dla egzystencji zagadnieniami, czasem trudnymi nazwać, określonymi jedynie ogólnym zaimkiem „to” (zob. To trwa). Tajemniczym, sugerującym niebyt, zanik istnienia. Nie ze śmiercią bynajmniej, jałowo-bezwonną (zob. Każda śmierć), bo może się ona okazać długim odpoczynkiem przed zmartwychwstaniem (W nagłym przypływie sił), ale z nieskończonym, bezradnym wygasaniem (Już zgasł) Równolegle do tych medytacji rozwija się nowa opowieść źródłowa, , tworzona także na użytek syna, głównie podczas wypraw poza domowe opłotki, „do wapiennego kamieniołomu/ po dzikie jabłka” albo na pobliskie wzgórze. To uniwersum musi mieć przecież własny Eden i Wzgórze Czaszki. 
Wysiłki i rozmyślania tekstowego „ja” owocują nareszcie zrozumieniem, najprostszych, acz mało idyllicznych prawd świata zamieszkałego przez istoty, „co w ciemności/ uparcie szukają dla siebie pożywienia.” (zob. Ziemia ludzi i zwierząt).Owo zrozumienie dociera doń nagłym błyskiem, przychodzącym spoza racjonalnej świadomości. Skąd? Nie pytajmy. Przecież nawet sam poeta w ostatnich słowach tomu stwierdzi: „właściwie wszystko jedno/ skąd płynie światło”.

Fragment większej całości przeznaczonej do publikacji w Dwumiesięczniku Literackim "Topos"

sobota, 7 września 2019

Nadmorze 21. Antologia wierszy czytanych: Lesław Nowara, "Banknot"




O wierszu Lesława Nowary "Banknot" z tomu "Ciemna strona światła"
(Katowice 2019)


Notki do podcastu:
Śląsk - Wydawnictwo Naukowe (strona poetycka)
http://www.slaskwn.com.pl/ksiazki/kategoria/poezja
Dom Literatury w Łodzi: http://dom-literatury.pl/
Wydawnictwo Forma: http://www.wforma.eu/
Blog Nowe Litery: https://nowelitery.blogspot.com/
Kontakt z autorem podcastu: lorkowski@wp.pl
archiwum z wcześniejszymi odcinkami "Nadmorza": https://archive.org/details/@piotr-wiktor_







Nadmorze 23. Antologia wierszy czytanych: Jan Sochoń: "Wytrwałość"

O jesiennym wierszu Jana Sochonia zaczerpniętym z wyboru "Modlitwa do ciszy" (Bydgoszcz 2019) Strona autorska ks. Jana Soch...