Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pomorze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pomorze. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 kwietnia 2014

Relikwia na czterech kołach


Relikwie wciąż przemieszczają się po świecie. Niektóre nawet o własnych siłach, jak słynny star-papamobil, którym w czerwcu 1979 Jan Paweł II poruszał się na kolejnych etapach swojej pierwszej pielgrzymki do Polski. Po renowacji pojazd prezentuje się okazale. Kiedy zeszłego lata przyjechał do kaszubskiego Sianowa był jeszcze samochodem Błogosławionego. Od jutra będzie go można nazwać samochodem Świętego. 


środa, 26 marca 2014

Mirachowo. Dwór z drewna lecz pomalowany.




Osiemnastowieczna, stojąca w miejscu wcześniejszego dworu, siedziba niegrodowych starostów mirachowskich, miała szczęście do gospodarzy, którzy pomimo rozmaitych perypetii dziejowych nie pozwolili mu popaść w ruinę. Ostatnimi czasy zmienił barwę z wyblakłej niebieskiej na przyjemną dla oka zieleń. Zapewne niebawem ktoś pomyśli o restauracji wnętrza, gdzie zachowały się jeszcze oryginalne kominki, a nawet niektóre meble. Ale już dziś każdy, kto serio zwiedza Kaszuby, musi go zobaczyć na własne oczy.   

środa, 29 stycznia 2014

Dom olimpijczyka po raz drugi

Przed kilku laty, w zupełnie innym miejscu,  opisywałem dom, gdzie wychowywał się Bronisław Malinowski, lekkoatleta, złoty medalista na Olimpiadzie w Moskwie (1980). W ostatnim czasie ponowni odwiedziwszy jego rodzinne okolice, stwierdziłem ze smutkiem, że w Rulewie, ginie o nim pamięć, czego dowodem jest nie tylko zaniedbane obejście, ale i brak pamiątkowej tablicy. Oczywiście, jeden z najwybitniejszych Pomorzan ma swój pomnik przed grudziądzkim Stadionem Centralnym. Ale czy nie zasłużył na wdzięczność również po kociewskiej, zachodniej, stronie Wisły? 

środa, 20 listopada 2013

Andrzej Grzyb, Miejsce na ziemi, i inne drobiazgi, Bernardinum, Pelplin 2013.

1.  „…ale czy Paryżem musi być mój pępek świata?” – pyta  narrator całkiem drobnych oraz troszeczkę dłuższych próz Andrzeja Grzyba chwaląc sobie zadomowienie w obszarowo dość szczupłej, acz pod wieloma innymi względami bogatej, przestrzeni Kociewia Leśnego. Tutaj ma swoją ojczyznę. Bynajmniej nie „małą”. W sam raz. Mieści ona wszystko, co potrzebne do spełnionego, niespiesznego życia. Myliłby się jednak ten, kto na tej podstawie zaliczyłby twórczość autora Niecodziennika pomorskiego  do modnej niegdyś prozy „korzennej”. Jej bohaterowie nie szukają swoich korzeni. Nie muszą. Dobrze je znają. Historię, która w tych okolicach chadzała często drogami odmiennymi niż w innych regionach kraju, pisarz taktuje jak oczywistą materię narracji; poniekąd jako należną część spuścizny po przodkach osiadłych w swym zakątku z dawna lub nawet od czasów niepamiętnych.                                                  Do świadomości opowiadającego tutaj „ja” fakt znalezienia własnego miejsca dociera w momencie dlań bardzo szczególnym, pewnej szpitalnej nocy. Zaraz zostaje przełożony na język liczb. „Moje miejsce na Ziemi  – czytamy w prozie tytułowej – to półkorytarz z pokojami od numeru czterysta osiemnaście do numeru czterysta czterdzieści jeden. Leżę w izolatce oznaczonej numerem czterysta dwadzieścia. Tyle zobaczyłem, kiedy wczoraj wieziono mnie na tomograf komputerowy”. Liczby wyprowadzają bohatera ze szpitalnej ciasnoty dalej – do miasta S. (Starogard Gdański?) i miasteczka C. (Czarna Woda?). Wspierają dążenie narracji do obiektywizmu. Bowiem proza Grzyba konkretem stoi. Szuka tego, co sprawdzalne,  komunikowalne. Traktuje je jako punkt wyjścia zabiegów kreacyjnych. Bez konkretu, ani rusz. Choćby nie wiem co. Taki charakter zachowuje  nawet wtedy, kiedy narracja wychyli się w stronę metafory czy alegorii (Okno na drogę).

2. Kociewska, borowa ostoja przynależy do Północy, krainy zaczynającej się w dorzeczu Brdy i Wdy, kończącej się hen, na Nordkappie. Tutaj najważniejszą pora roku wydaje się jesień. Aby ją poznać, należy wejść w bliski kontakt z naturą, dziwić się jej i zauważyć, że  ona także dziwuje się człowiekowi (zob. okno na podwórze). Należy ją przewędrować pieszo. Albo przepłynąć kajakiem. Po drodze zaś wszystko trzeba skrupulatnie zapamiętywać. Sporo zatem w tej książce partii opisowych, czy wręcz osobnych tekstów przypominających pejzażowe szkice kreślone zawsze w taki sposób, iż wiadomo, że za jednym opisanym porankiem stoją takich poranków dziesiątki; poranków bliźniaczych, streszczonych w ten szczególny, tak prawdziwy, że wart opisania.                                                                                                            Pomorska natura pozostaje nader gościnna tak dla żywych: wędrowców i filozofujących łazików; jak dla umarłych. Tych drugich przygarnia cierpliwie, nie pytając kto zacz i za czyją sprawę wojował: „O, widzisz ten kopczyk brzozowym krzyżem? Niektórzy mówią, że tu pogrzebano żołnierza napoleońskiego, inni mówią, ze leży tu eden z partyzantów Yorka, są też tacy, którzy twierdzą, że to dezerter z Wehrmachtu, jeden z tych, co nie chciał wrócić z urlopu  na front wschodni, jeszcze  inni, ze leży tu sołdat sowiecki zastrzelony przez enkawudzistę za gwałt na Polce. Wojny pomieszane, żołnierze, wojny, tylko śmierć prawdziwa.” -  powiada jeden z bohaterów opowiadania przetartym szlakiem.
Narrator tych tekstów unika metropolii. Jedyny wyjątek robi dla Gdańska. Uczynił go  tłem magiczno-teatralnej relacji ze spotkania autorskiego (poeta czyta wiersz o barbarzyńcach) oraz opowiadania o jednym dniu życia Mola, postaci na wskroś niewyjątkowej. Przywołał potem  nadmotławską  legendę ze szczęśliwie zakończonym wątkiem miłosnym (gdańskie miłowanie). Odbył krótki spacer alejkami oliwskiego ogrodu. Prędko nacieszywszy się miejską wycieczką,  powraca do swego matecznika.    

3. Jak gdyby się obawiał, że pod jego nieobecność coś lub ktoś zniknie z jego partykularza, albo popadnie w zapomnienie któraś z tutejszych wartości stanowiących jego fundament. Bez obaw. Wszystkie pozostały na swoim miejscu: punktualność nakazująca pilnować czasu, praktycyzm skłaniający ojca narratora, żeby sprawdził, czy „w zastoinie nie ostał się jakiś szczupak albo węgorz, a gdyby tak było, złapałby te ryby do wora i zabrał” (spacer). Oraz szacunek dla starszych, którzy, jak babcia Marianna potrafili śpiewaniem godzinek przeprowadzić dom przez „marznące deszcze, śnieżyce i mrozy” (porzucone początki) lub jak blisko stuletnia pani Władysława, świadek radykalnej przemian świata, wbrew którym ocalał zapach jabłek bardziej nawet trwały niźli jabłoń, co je rodziła. Prócz cnót zdarzają się tu i niecnoty, wręcz zbrodnie. Absurdalne, niezrozumiałe zarówno dla postronnych świadków jak dla samych sprawców. Niektóre stanęły już przed trybunałem historii (sąd najwyższy) inne – oczekują na wyrok (zabić pentliczka). Zauważymy tu też ludzi zmarginalizowanych, zabłąkanych na bezdroża losu (z biletu parkingowego). Wchodząc pomiędzy nich, oddalamy się od mitu lokalnej idylli tak chętnie eksploatowanego przez prozę nostalgiczną.


4. „Otwieram oczy. Tworzę opowieść. Opowiadam sobie (…) Może jutro, może kiedyś opowiem ją temu, kogo spotkam.” – mówi narrator, przedkładający naoczność ponad czystą imaginację. wiekowej pani Władysławy, że całego życia opowiedzieć niepodobna (podróż w niepamięć). Poprzestaje przeto na fragmencie, w którym może się skupić całe aktualne doświadczenie. Na poniechanym (chwilowo?) początku albo na wrażeniu tak jeszcze świeżym, że nosi w sobie ledwie zapowiedź wielu innych momentów, cudownych, dramatycznych, zamyślonych. Dlatego trzeba je zanotować możliwie dokładnie, aż do momentu, kiedy wyczerpie się zapas konkretów, względnie intuicji. Potem może trzeba będzie zostawić całość w formie zalążkowego mikrogramu (nie bez powodu w roli motta do tej książki występuje wyimek z miniatur Roberta Walsera), który potencjalnie może się rozwinąć w nowe opowiadanie, esej, felieton, anegdotę, ironiczną humoreskę. Lecz na razie wiele z tych zapisków jest tym czym jest i dobrze im z tym. Czytelnik również nie powinien narzekać. 

Warsztatowa wersja tekstu przeznaczonego do publikacji  w Dwumiesięczniku Literackim "Topos".

środa, 13 listopada 2013

"Lech Bądkowski.Obrazy z życia."


Z powodów generacyjnych, czyli całkiem obiektywnych, nie zdążyłem poznać zmarłego przed prawie trzydziestu  laty Lecha Bądkowskiego. Czego do dziś żałuję, bo autor "Odwróconej kotwicy" należy do tych, którzy najsilniej kształtowali rozumienie pomorskości, ukazując ją jako pewien fakt nie tylko etniczny, ale i kulturowy. Dlatego obecność na wernisażu rysunków przedstawiających biografię pisarza w formie komiksu uważałem za swój czytelniczy obowiązek. 
Bohater spod Narviku, pierwszy doradca robotników w strajkującej Stoczni, nawet w komiksowym ujęciu, pozostał postacią wielowymiarową. Bardziej niż wszystkim innym okolicznościom zawdzięczamy to studyjnemu  podejściu do tematu, zaprezentowanemu przez każdego z sześciorga młodych rysowników, artystów o pewnej kresce i dynamicznej wyobraźni. No i najważniejsze: każdy z nich doskonale opanował sztukę trafnego skrótu, pozwalającą z historycznej perspektywy ogarnąć okiem epoki, na które życie Bądkowskiego przypadało - zwłaszcza gęsty od wydarzeń początek lat osiemdziesiątych. Zastosowali nadzwyczaj nośną formę przekazu, która może się okazać znakomitym wstępem do lektury powieści Bądkowskiego. Tym bardziej, że wznowiono właśnie powieść "Połów nadziei" w jej autorskim, wolnym od cenzorskich ingerencji kształcie. Narracyjnie osadzoną wprawdzie w pomorskim kontekście, ale w swoim przesłaniu kontekst regionalny przekraczającą. Kto chciałby się co upewnić co do jej wartości, niechże posłucha rekomendacji, jakiej udzielił  jej Paweł Huelle.


wtorek, 7 maja 2013

Wieża ciśnień, która była pomnikiem


Wybudowana w roku 1912 lęborska Wieża Bismarcka  należy do najbardziej przyjemnych wizualnie pomników niemieckiej narodowej dumy na ziemiach  polskich. Pozbawiona monumentalizmu, oszczędnie ozdobiona ceramicznymi detalami, od początku została pomyślana jako miejska wieża ciśnień. To uratowało to ją przed powojenną  rozbiórką. Zachowała się prawie w całości, łącznie z wieżyczką, na której kiedyś, w co ważniejsze święta państwowe zapalano gazowy znicz.  Z czasem zapomniano o politycznej symbolice budowli. Ale niezmiennie stanowi ona ciekawą pamiątkę dawnej techniki. 

wtorek, 26 marca 2013

Muzeum bez biletów


Mini-muzeum rybackie Jerzego Piątka jako instytucja kultury oficjalnie nie istnieje. Jednocześnie jest najwcześniej założoną placówką muzealną powojennego Sopotu. Murowaną szopę na przystani jej właściciel, kolekcjoner i przewodnik w jednej osobie wypełnił  unikalnymi świadectwami dziejów rybołówstwa. Niektóre wpadły do jego sieci podczas dawnych połowów. Najstarsze - jak fragmenty wikińskiej łodzi - liczą sobie około tysiąca lat.   
Swoimi zbiorami opiekuje się pan Jerzy niczym wytrawny kustosz. Każde zapytanie zwiedzających stanowi dla niego okazję do długiej gawędy. 
Na swoich gości czeka co dzień po południu przy każdej pogodzie. Nie sprzedaje biletów. "To moja księgowa" - mówi, pokazując ceramiczną świnkę-skarbonkę na drobne datki. 

piątek, 21 grudnia 2012

Drogie sercu każdego Prusaka (Zachodniego).

Wywodzić się z moich ojczystych Prus Zachodnich, przeciętych pośrodku Wisłą, nie jest wstydem. Tym bardziej, że ich nowożytna świetność ma swój  początek w polskich Prusach Królewskich, o czym pamięta dziś niewielu. Na sztychach wyeksponowanych w Muzeum Sopotu wyglądają one naprawdę przyjemnie: jako bezpretensjonalna kraina flisaków, rybaków, kupieckich miasteczek i pokrzyżackich zamków. Nawet Gdańsk i Toruń, choć rozległe, jakoś dyskretniej demonstrują swoją zasobność, zaś częściej - piękno wywiedzione z ducha miejsca, zapamiętane przez rytownika. 
Jako że zachodniopruski temat domaga się kontynuacji, namawiam usilnie   twórców wystawy, aby następnym razem spróbowali pokazać nadwiślańskie miasta, a zwłaszcza miasteczka, ujrzane obiektywem dziewiętnastowiecznych fotografów, którzy u schyłku tamtego stulecia zastąpili sztycharzy.  

piątek, 2 listopada 2012

Brama wiecznego snu


Detal nad starannie odrestaurowaną barokową bramą przy kościele pw. Podwyższenia Krzyża św. w Pruszczu Gdańskim nie pozostawia wątpliwości: oto stajemy przed bamą wiecznego snu. Epigraf nad jej łukiem, wyjęty z Psalmu 39 poucza,że życie ludzkie jest marnością. Poucza zaś słowami przełożonym na niemiecki przez Marcina Lutra, przypominając o obszernym protestanckim rozdziale dziejów pruszczańskiej świątyni. Ci jednak, którzy leżąc wokoło niej oczekują na Sąd Ostateczny, pewnie za nic sobie już mają wyznaniowe różnice. Bowiem o Sądzie, niebie lub piekle mówi się zawsze w liczbie pojedynczej.



piątek, 21 września 2012

Kaszubskie wspomnienie dożynkowe na koniec lata

Kamienica Królewska, dożynki gminy Sierakowice, 26.08.2012.

Nieważne, że na Kaszubach pod koniec sierpnia czasem pada, a czasem chłodno. Dożynki godzi się obchodzić wpierw pobożnie, rozpoczynając je dziękczynną mszą. A potem - tłumnie i hucznie: muzyka na każdy gust, drożdżowy placek, (czyli kuch), dalsza część jadłospisu dożynkowej biesiady podobnie prosta i raczej bezpretensjonalna. Przyznam się, że lubię świętować "po miejscowemu".  Bo ani ja już młody, wykształcony umiarkowanie, a i Sopotu nie nazwałbym wielkim miastem. Więc próżen wszelkich kompleksów, bawię się zwykle na całego.

Kapela rodzinna "Bas"