poniedziałek, 31 grudnia 2012

2012/2013


lodowata noc
po końcu świata - znowu
się nam upiekło?



W ostatnich godzinach starego roku ogarnia mnie zwykle melancholia pomieszana z niedowierzaniem. Melancholia - wiadomo: znowu jestem starszy. Tego dojmującego faktu nie zagłuszą najgłośniejsze petardy ani race. Zaraz potem przychodzi niedowierzanie: że  jednak przetrwałem! I że przetrwało go ze mną tylu dobrych, ważnych dla mnie ludzi. Kiedy zaś pomyślę, ilu znajomościami,  przyjaźniami, książkami, rozmowami zostałem obdarowany w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, wówczas miejsce melancholii zajmuje wdzięczność; taki rodzaj wdzięczności, co graniczy już ze szczęściem. Bo przecież bezpowrotnie mija tylko czas źle wykorzystany. Czas,  dobrze spożytkowany zostaje z nami. Takiego właśnie czasu życzę Wam, dołączając swoje najnowsze haiku.

piątek, 28 grudnia 2012

Barbara Piórkowska: International, Oficyna Wydawnicza Tysiąclecia, Gdańsk 2012.



Zastanawiam się: kto wytrzyma z bohaterką nowych wierszy Barbary Piórkowskiej, zdystansowaną zarówno do oswojonych przez popkulturę modeli kobiecości, jak i do wzorca szczęśliwej, spełnionej singielki? Kto polubi ją bezdomną, usiłującą czuć na własny rachunek? Bo jej życie jest marszem przez zasadzki i zagadki, podobne włóczęgom po mrocznym mieście (Nocne chodzenie). Dotarłszy do rejonów poza topografią, penetruje przestrzenie, gdzie wielu innych zajrzeć się nie ośmiela (zob. ***,  zakradam się/ do cudzego mózgu…). Diagnozuje swoje problematyczne położenie pomiędzy rozpaczą a depresją. Próbuje oddzielić fakty od przeżyć (por. Psychologia) i przyjrzeć się im okiem nieuprzedzonym. Nawet jeśli taka introspekcja nie służy zrazu jej samej, pozwala czytelnikowi dostrzec siłę pracujących tutaj napięć. Ich działanie widać po nakreślonych tu ostrą kreską wizerunkach mężczyzn. Przy czym mówiąca tutaj postać do pewnego momentu decyduje się raczej trwać w dramatycznej relacji otwarcia na swego partnera niźli definitywnie ją zerwać. Przyczyn zerwania miałaby aż nadto, jeśli uwierzyć historiom urazowych związków opowiedzianym w pierwszej części zbioru odważnie zatytułowanej LOVE-lager. Jakkolwiek dotąd jej mężczyźni byli martwi jak święty nieudrzewiony/Złośliwi jak skrzep rdzy na wannie, a Świat (również egoistycznie męski, jak przekonuje nas wiersz Wykwintne ) obchodzi się z nią obcesowo, ona nie rezygnuje bynajmniej z prób szkicowania planu pokojowego, mogącego zakończyć tę wojnę płci wynikłą z jakiegoś tajemniczego  fatalizmu i – kto wie – może także z przekonania, że egzystencja pojedyncza, czy też sparowana z inną egzystencją, rodzi podobne kłopoty. Wszak wszystko jedno/czystość sztuka żarło/ nie ma takiego na stuletnie tarło – stwierdza dosadnie. Co uczyniwszy, zmienia temat. Na przykład podaje w wątpliwość mit etnicznej jednorodności narodowych wspólnot, w swojej plemiennej przeszłości blisko obcujących z innymi, mniej albo bardziej sobie podobnymi . Stąd – jak można wnosić z tekstu tytułowego – najpewniejszą, może nawet najciekawszą, wersją dziejów pozostaje ta, zapisana w człowieczych genach.    
Na poetycki warsztat Piórkowskiej z pożytkiem oddziałało jej doświadczenie prozatorskie, ułatwiające budowanie spoistych mikronarracji (zob. Smutny wiersz) albo zwięzłych, zmetaforyzowanych opisów.
Dostał się nam porządny kawał poezji: komunikatywnej i bezceremonialnej.


Pełna wersja omówienia ukaże się na łamach Dwumiesięcznika Literackiego "Topos"

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Gdy się Chrystus rodzi


Gwiazdkowa szopka w pelplińskiej bazylice katedralnej (fotografia: 2011).
Z  katedrą tą od czterech lat wiąże mnie prowadzenie koncertów festiwalu muzyki organowej. Festiwalu, który  wciąż obdarowuje mnie coraz to nowymi artystycznymi odkryciami i inspirującymi spotkaniami z wymagającą lecz wdzięczną publicznością.

Dlatego na Boże Narodzenie i na cały kolejny rok wszystkim twórcom życzę, aby nigdy nie brakło im wrażliwych, utalentowanych odbiorców. Natomiast czytelnikom, widzom, słuchaczom - życzę wartościowych, godnych  przemyślenia dzieł. 

piątek, 21 grudnia 2012

Drogie sercu każdego Prusaka (Zachodniego).

Wywodzić się z moich ojczystych Prus Zachodnich, przeciętych pośrodku Wisłą, nie jest wstydem. Tym bardziej, że ich nowożytna świetność ma swój  początek w polskich Prusach Królewskich, o czym pamięta dziś niewielu. Na sztychach wyeksponowanych w Muzeum Sopotu wyglądają one naprawdę przyjemnie: jako bezpretensjonalna kraina flisaków, rybaków, kupieckich miasteczek i pokrzyżackich zamków. Nawet Gdańsk i Toruń, choć rozległe, jakoś dyskretniej demonstrują swoją zasobność, zaś częściej - piękno wywiedzione z ducha miejsca, zapamiętane przez rytownika. 
Jako że zachodniopruski temat domaga się kontynuacji, namawiam usilnie   twórców wystawy, aby następnym razem spróbowali pokazać nadwiślańskie miasta, a zwłaszcza miasteczka, ujrzane obiektywem dziewiętnastowiecznych fotografów, którzy u schyłku tamtego stulecia zastąpili sztycharzy.  

wtorek, 18 grudnia 2012

Notacje (lipiec/sierpień 2012)

Dopiero późnym wieczorem przeczytałem porannego esemesa od AF. Zmarł Andrzej K. Waśkiewicz. Znałem go dobre dwie dekady i coraz bardziej szanowałem za literackie doświadczenie i ogólną erudycję. Prócz socjaldemokraty Bolesława Faca należał do najsympatyczniejszych lewicowych literatów, jakich gdańska ziemia nosiła i jacy w niej na koniec spoczną.

Kròlestwo Niebieskie trzeba zdobywać gwałtem. Królestwo ziemskie - cierpliwością.

"Niedokończona" Schuberta na pelplińskim koncercie wykonywana przez szwajcarskiego organistę. Słucha się jej tak, jakby się chodziło po ciemnym lesie.

Co mam przeciwko lewicowej wizji świata, mogę wyłożyć w dwóch zdaniach.
1. Rozmaici przedstawiciele lewicy, zwłaszcza nowej, uważają,że człowiek jest z natury dobry.
2. A mimo to dalej próbują go ulepszyć, czując się upoważnionymi do jego naprawy przy pomocy wszystkich dostępnych środków, których repertuar nawet Machiavellego wprawiłby w pełne zgrozy zdziwienie.

Wiem, to pewnie mało odkrywcze. Ale czasem warto sobie uświadomić istotę "błędu założycielskiego"  lewicowych ideologii, sprawiających, że każda z nich ostatecznie musi zbankrutować, pozostawiając toksyczną "masę upadłościową".

Krucha radość dzieciństwa: wiatraczki ze słomy robione dla mnie przez rodziców. Radość ta jakoś przetrwała całe dziesięciolecia.

Przed południem w S. Kiedy wchodzę do zegarmistrza, wraz z wybiciem południa zaczyna się koncert zegarów, przypominający występ niezbyt jeszcze zgranej orkiestry. Jedne chronometry wchodzą w jakieś allegro. Inne, o dobry krok za nimi dostają zadyszki. W tym wszystkim, jak recytatyw, głos radiowego spikera relacjonujący podpisanie katolicko-prawosławnej, pojednawczej deklaracji. Najbardziej mnie zastanawia: kto jest jej stronami. Bo na razie wolno sądzić, że najbardziej zadowoleni z niej są hierarchowie. Wierni, przynajmniej w Polsce, wydają się skonsternowani, pogubieni lub chłodno zdystansowani. W najlepszym przypadku. Sam zajmuję postawę wyczekującą. Działania pojednywaczy poznamy po owocach, a po wynikach je sądzić będziemy. - Że użyję tu odrobiny biblijnego patosu.


W mojej ulubionej torbie z zielonego brezentu, trochę podobnej do Stedowego chlebaka: zeszyty, tomiki i...ładowarka tudzież kable do komórki i tabletu. Pendrive’y. Torba nomada epoki cyfrowej.

Chyba już wiem, po co żyję: żeby się nie dać

piątek, 14 grudnia 2012

Adriana Szymańska: Księga Objawień i inne lektury. Szkice literackie, Oficyna Wydawnicza Łośgraf, Warszawa 2011.

Z prawie sześcsetstronicowego zbioru recenzji i szkiców Adriany Szymańskiej zatytułowanego Księga objawień dałoby się wykroić trzy pokaźne książki a pewnie zostałoby jeszcze coś na czwartą. Pomieszczono tu recenzje i omówienia (głównie) poetyckie przez dwadzieścia z górą lat ogłaszane drukiem na łamach prasy. Uzupełniają je teksty powstałe z doraźnej potrzeby wygłoszenia wstępu do spotkania autorskiego lub wykładu, dobrze wkomponowane w tok dyskursu. Pomimo pozornej ulotności poetyckiej materii, całość zredagowano precyzyjnie, koncentrując się wokoło czterech kręgów tematycznych. Pierwszy skupia teksty traktujące o dotykaniu istoty rzeczy. Drugi –  poszukujące wzoru istnienia. Trzeci – wypowiadające głód życia w jego doczesnym i wiecznym wymiarze. Czwarty wreszcie opisuje sposób, w jaki współczesna poezja dociera do zasady świata. Doświadczenie profesjonalnego czytelnika-redaktora, erudycja, rozległość poznawczych horyzontów, z całą pewnością pozwoliłoby napisać Szymańskiej regularną, zapewne ogromnie interesującą, historię poezji ostatniego ćwierćwiecza. Lecz tworząc swoją krytyczną księgę, Szymańska wolała posługiwać się kategoriami filozoficzno-metafizycznymi. Zrobiła tak może w przeczuciu, że dyskurs metafizyczny potrafi pomieścić w sobie znacznie więcej autentycznego ludzkiego doświadczenia niźli skażony doraźnością, narażony na szybką dezaktualizację dyskurs historycznoliteracki.
Osobne teksty poświęciła Szymańska blisko pięćdziesięciu poetom. Indeks osobowy zajmuje tutaj dwanaście gęsto zadrukowanych stron. Do twórczości wybranych autorów (przykładowo: Zbigniew Herbert, Joanna Pollakówna, Piotr Szewc, Wojciech Kudyba) powraca Szymańska dwu- lub nawet trzykrotnie. Jakby jej było mało, jakby chciała uwidocznić jeszcze to,   czego nie ukazała poprzednio.     Szymańską interesuje duchowość, przemawiająca przez teksty. Przy czym od razu należy zauważyć, że wiersza nie traktuje jako ilustracji powierzchownych faktów czy domniemań.  Postrzega go bardziej jako krystalizację najbardziej intymnych przeżyć i doświadczeń, zapisywanych wówczas, gdy poeta najintensywniej obcuje z samym sobą, gdy dojrzewa do siebie, gdy buduje własny model porozumienia ze światem rzeczy widzialnych i – bodaj bardziej – rzeczy niewidzialnych, objawionych. Niekiedy ów zapis przyjmuje kształt zgodny z wyobrażeniami chrześcijańskimi, jak u Wojciecha Kudyby. Aczkolwiek równie dobrze może przybrać formę ekscentrycznego proroctwa jak w wierszach  Bartłomieja Mazla (s. 542nn), lub łagodnych refleksji nad metafizyką przestrzeni i czasu zauważalną u Wojciecha Kassa (s. 485nn). Niezależnie jednak od jej formy, czy obszaru w jakim transcendentna rzeczywistość zechce się przejawić, wszystkie rodzaje doświadczenia mistycznego, mają jedno źródło – jest nim sacrum. Może się ono manifestować na wiele sposobów. Może wielo-znaczyć. Zawsze stanowi najważniejszy punkt odniesienia poetyckiej wyobraźni. Przede wszystkim jednak uświęca:  wprowadza piszącego i czytającego w krąg wartości stałych, wiecznych.


Fragment obszerniejszego omówienia przeznaczonego dla Dwumiesięcznika Literackiego "Topos".

wtorek, 11 grudnia 2012

Notacje (kwiecień/maj 2012)

Wyszedłem z zimy jak z ciężkiej choroby. Ale jeszcze nie odbyłem rekonwalescencji.

Psalm nas poucza, że ten padół łez jest jednocześnie padołem łaski. Bo jakże inaczej mógłby istnieć?  Że o możliwości jakiegokolwiek  naszym tutaj działaniu nie wspomnę.

Wbrew wszystkim zabieganiom i zobowiązaniom zafundowałem sobie dłuższą chwilę bezinteresownej lektury. "Ulica jednokierunkowa" Waltera Benjamina. Niektóre jego uwagi, sposób formułowania myśli blisko mi się kojarzą z krótkimi prozami Ernsta Jüngera.

Benjamin: "Bycie szczęśliwym to zdolność do uświadamiania sobie siebie bez trwogi”.

Chłód w Sopocie. Wyletnieni wczasowicze w t-shirtach i wczasowiczki w minispódniczkach owinięci w polarowe koce. Kiedy się tak promenują deptakiem , przypominają  napoleońską Wielką Armię wracającą spod Moskwy.

Napisał powieść, bo chciał być gdzieś indziej.

Dźwięki długiego weekendu. Kiedy siedzę na balkonie, o kilka kroków ode mnie przeciąga cała przyjezdna Polska. Klnie podpitym głosem. Troska się o coś. Tłumaczy się z czegoś do komórkowego telefonu.  

Coraz rzadziej używany zwrot: "jak należy". Zawsze ogólny, ale obiecujący solidność wykonania tego, czego się podejmujemy.Może fakt, że dzisiaj zwrot ten wydaje się już zapoznany, świadczy o naszym zadwalaniu się byle czym i skłonności do wszelkiej łatwizny?



Notacje w poprzednim blogu: czytam

piątek, 7 grudnia 2012

Zbigniew Milewski: Zagrabki, Wydawnictwo Książkowe IBIS/ Akademia Poezji, Warszawa 2012.



Bohater szóstego tomu poezji Zbigniewa Milewskiego wyruszył w przestrzeń zamiejską. Może trafniej byłoby stwierdzić, że raczej do niej powrócił jak gdyby z wielkomiejskiej emigracji. Z naturą rozumie się od pierwszego słowa niby ze starą przyjaźnią,  co nie rdzewieje. Nawet wtedy, gdy oboje  milczą. Milczą zresztą rzadko, bo przecież tyle tu się dzieje: i pory roku (Odwilż), i pozimowa melancholia drzew (Powrót do sadu jak smutek.), i przemijanie będące bardziej pełnym majestatu odchodzeniem w czas zaprzeszły (Skowronek) niźli nerwowym znikaniem z życia. Dzieje się kobiecy rozkwit dziewczyny (Zaskoczeni pełnią). Bujnie rozrasta się miłosny zielnik. W tym krajobrazie, bynajmniej nie idyllicznym, jak przekonuje nas wiersz Konina,  poeta odnajduje poeta swoje źródła. Jego droga zaprowadziła go do miejsc, gdzie w starych domach mieszka ocalała odwieczność, wciąż możliwa, przybliżana kiedyś przez babkę Władysławę, wskazująca bohaterowi jego przeznaczenie do nieśmiertelności (Landszaft za szkłem). Przedtem ta sama babka wprowadza go również w sacrum: baśniowe, przeżywane ekstatycznie. O tym ostatnim wtajemniczeniu; powie poeta: byłem jak radosny szaleniec/ który nie wie, czy Pan mój i Bóg mój// i dobrą nowiną łamie się z drugimi   (Odwiedzałem z babcią świątynie).    Małe miasteczko, sąsiadujące z tymi cudami jawi się tutaj jako przestrzeń osobna, jakby powstała po to, aby znajdowały w niej swoje lokalne realizacje biblijne czy mitologiczne scenariusze (por. hi hi), albo snuły się prowincjonalne legendy (W mitenkach).  Zaś ci, którym nie wystarczają atrakcje sobotniej dyskoteki, mogą sobie zafundować happening graniczący z rekonstrukcją historyczną (Nie stać nas na Egipt!).
Nic zatem dziwnego, że po spotkaniu ze światem tak oswojonym metropolia może nabrać rysów katastrofalnych: pustoszy ją wiatr i ulotność; chociaż przy odrobinie szczęścia jakaś Genesis może o pół kroku wyprzedzić Apokalipsę (zob. W butach z Arkadii).  
Polubiłem nowe wiersze Milewskiego: powściągliwe, oszczędne, stabilne formalnie. Że niemodne, mało awangardowe? Furda mody! O poezję idzie. Tej zaś mamy tu pod dostatkiem. Nawet jeśli to tylko tytułowe pozostałości po obfitym żniwie.  

Skrócona wersja noty przeznaczonej do publikacji w Dwumiesięczniku  Literackim "Topos".

wtorek, 4 grudnia 2012

Anioł Ślązak na Adwent 2012


Angelus Silesius (1624-1677)


CHERUBIŃSKI WĘDROWIEC

z księgi pierwszej

13. Człowiek jest wiecznością

Sam jestem wiecznością/ gdy opuszczę czas/
Ja w Bogu, Bóg we mnie/ streścimy się wraz.


49. Spokój  najwyższym dobrem

Spokój dobrem najwyższym/ nie byłby Bóg spokojem
Ja nawet zamknąłbym na niego oczu swych oboje.


81. Bóg rozkwita ze swych gałęzi

Jeśliś z Boga zrodzony / rozkwita Bóg tobą:
Tak jego boskość twymi sokami, ozdobą.


(tłum. pwL)

piątek, 30 listopada 2012

Czerwone jabłuszko przekrojone na krzyż (28.11.2012)

Z wierszami Kazimierza Nowosielskiego znamy się bodaj dwie dekady. Dobrze się znamy.  Ale w tej odsłonie zobaczyłem je po raz pierwszy, za sprawą aktora Floriana Staniewskiego i artystów skupionych wokoło klubu "Plama" na gdańskiej Zaspie. Ich ambicją stało się umieszczenie poety w przestrzeni rzeczywistej, stworzonej z jego wspomnień tudzież aktualnych myśli połączonych z rozmaitymi odczytaniami jego osoby i tekstów. Zostaliśmy zatem zaproszeni do podróży przez życie poety, począwszy od naprawdę frapujących początków, od rodzinnego domu  na kujawskiej wsi i wkorzenienia w tamtejszy folklor, pełen prawie gotowych wzorców poetyckich, które, jak poeta z Oliwy sam przyznaje, wciąż jeszcze przetwarza, raz refleksyjnie, innym razem - humorystycznie. Zanim dowiemy się, kogo następnego zobaczymy w rzeczywistej, "plamistej" przestrzeni, przyjrzyjcie się, fragmentom spotkania, oświetlonego czasem tak, że liryczny spektakl zamieniał się w teatrzyk cieni. Myśląc bardzo życzliwie o PT Pomysłodawcach  nowej formuły przybliżania poezji, wypada przypomnieć, że ta ostatnia, zwłaszcza w przypadku twórczości autora "Okna od północy" okazuje się sztuką wybitnie światłolubną.  


wtorek, 27 listopada 2012

Joanna Małgorzata Przybylska: Pędraki, Miejski Dom Kultury w Radomsku, Radomsko 2011.



To niesprawiedliwie, niehonorowe wręcz – dwie na jedną! A dokładniej: piękna Joanna i melancholijna Małgorzata przeciwko jednej – dwojga imion – Joannie-Małgorzacie. Każda z nich wypracowała już odrębny sposób radzenia sobie z miłością (por. dwa końce). Natomiast Joanna Małgorzata wciąż musi sobie radzić sama. Opuszczona, naprawdę nie daje rady, choć chwilowo nie może zrzucić winy ani na urazy z dzieciństwa, ani na starszą siostrę, ani na duchy złych niemców (wiersz: pogoń). Kogo wreszcie obwinia?  Chłopców: łobuzów, nicponi, drani. Ci wręcz idealnie nadają się na winowajców, na czarne charaktery mniej lub bardziej miłosnych historii. Ich istnienie wreszcie coś tłumaczy, coś uzasadnia albo usprawiedliwia. Pisze poetka: nie potrafię być sama w swoich wierszach,/ dla towarzystwa wymyślam złych panów.  Jestem pewna, co mają w środku, może chrzan? jest niedobry, ale za to zdrowy/ a oni są wyjątkowo niedobrzy i wyjątkowo zdrowi i sprawni (powiedz kotku). Dalej przyznaje się, że opowiada o nich brzydkie rzeczy. Może naprawdę brzydkie, lecz z jakim robi to wdziękiem i przenikliwością!
Miłowanie od samego początku przypomina śmiertelną chorobę przenoszoną drogą uczuciową (prezent). Kto zaś chciałby uniknąć jej żałosnych skutków, niechże zawczasu wejdzie w określoną rolę i to nie w rolę księżniczki strzeżonej przez smoka (rycerzyk), ani amantki ze starego kina ((bez)pożegnania). Niech od razu zostanie obowiązkowym rodzicem, który jedynie w sytuacji wyższej konieczności, takiej jak chociażby zakupy w supermarkecie,  pozostawi swoje potomstwo pod opieką osoby niebezpiecznie egzaltowanej (dziecko).
Skłonność do wyznań poetka znakomicie zrównoważyła umiejętnością analizy, zyskiwania wglądu w sytuacje problemowe. Ironicznego, ale wypowiedzianego tak wyrazistym językiem, umiejącym oddać nie tylko nagłe zwroty miłosnej narracji, ale i  do końca utrzymać tempo monologu.
…najlepsze wiersze napiszę w czasie menopauzy. będę wtedy ciągle wkurwiona jak dobry męski poeta […] – deklaruje autorka. Dobrze zaczęła, więc po co zamierza czekać tak długo? 

Fragment większej całości przeznaczonej do publikacji w Dwumiesięczniku Literackim "Topos".

piątek, 23 listopada 2012

Podlipniak w "Warzywniaku" (18.11.2012.)


 
Napiszę krótko: lubię takie wieczory autorskie, jak ten w ostatnią niedzielę, kiedy gościem oliwskiej galerii "Warzywniak" był Paweł Podlipniak, prezentujący wiersze ze swoich dwóch tomów: z debiutanckiej  aubade triste oraz  karmageddonu. Wplatał je płynnie w długą, interesującą rozmowę. Jak mało kto potrafi komentować swoje teksty. Zręcznie, naturalnie przechodził od rozważań nad twórczością Anny Sexton do mówionego eseju o naturze ludzkiej, by potem przemówić do publiczności kolejną strofą. Siedziałem zasłuchany, a wraz ze mną słuchał mój dyktafon. Przyłączcie się, proszę, do tego słuchania. 

wtorek, 20 listopada 2012

Krzysztof Niewrzęda: popiół, Wydawnictwo FORMA, Szczecin, Bezrzecze, 2012.


Niechże nas nie zwiedzie wiersz otwierający piąty zbiór wierszy Krzysztofa Niewrzędy. Nie pozwólmy się zmylić rekwizytom otaczającym autora wracającego do poezji: opróżnionym flakonom tudzież popielniczkom pełnym niedopałków oraz popiołu, co na razie nie zdążył się nasycić wanitalną symboliką. Wystarczy odwrócić kartkę, aby zauważyć, że ten dość gwałtowny powrót do wiązanej mowy wynika z fizykalnej dążności języka, który pragnie się zagęścić, przejść w inny stan skupienia. W poprzedniej książce tego samego autora – powieść poetycka Second life (2010) –  funkcjonował jako medium narracyjnej prozy. Wciąż opowiada, chce nadal opowiadać. Lecz teraz chciałby również odzyskać autonomię, substancjalność. Wybrał o tego celu poetę czuwającego, pełnego wiary w słowo, gotowego zdążać za językiem daleko, do samej ciszy.
Mniej więcej w połowie tomu liryczny bohater zaczyna nam się odsłaniać także jako homo religiosus. Chociaż sacrum przejawia się tutaj bardzo dyskretnie. Częściej  jesteśmy świadkami sakralnych skojarzeń, które równie dobrze mogłyby być bardziej aluzjami kulturowymi niźli wyrazem przywiązania do określonego kultu. Jakże bowiem przyjąć jakąkolwiek teo-logikę, jeśli bóstwo ukryło się daleko, poza granicą odczuwania, niejako prowokując apostazję? Przeciwko niemu nie sposób się nawet zbuntować. Pozostaje oczekiwanie. Bo może jednak, jak sugerowałby wiersz  ostatni dzień tygodnia, przyjdzie, aby jednym słowem przywrócić kosmiczny porządek?
  Krzysztof Niewrzęda, jak sam deklaruje, należy do smakoszy słowa. Kosztuje słów tak, jak się kosztuje wybornego trunku (whisky na skałach). Aczkolwiek zasób leksykalny oraz rozwiązania frazeologiczne wskazywałyby raczej, że nad efektowne wyrafinowanie przedkłada swobodę inwencji. Na dodatek rad miesza poetyki: próbuje się pobratać z ekspresjonistami (święto),  chwilę potem pogrywa na lingwistycznej nucie (przykład: histeryczny chichot wielorybów – z wiersza zwiastun).  Przeplot dyskursów, różnorodność aluzji stylistycznych wyraźnie nam mówi, że mamy do czynienia z poezją wciąż żywą, próbującą wciąż na nowo wydobywać słowa zagrzebane w pośpiechu.

Fragment obszerniejszego omówienia, które w całości ukaże się na łamach Kwartalnika Literackiego eleWator.

wtorek, 13 listopada 2012

Urszula Kulbacka: rdzenni mieszkańcy, Biblioteka Arterii, Łódź 2012.


Podobno dzieci śnią się na złą wróżbę. Kiedy zaś w wierszu przyśni się dziecko rozwydrzone aż do bluźnierstwa czy okrucieństwa – jakiż to omen albo prognostyk? Spokojnie jednak, bez paniki. Dziecko, kluczowa figura wierszy Kulbackiej, daje się po prostu zidentyfikować również jako nieświadoma, funkcjonującą według osobnych prawideł, praforma dorosłego, rdzennie umieszczona pomiędzy dojrzałym  ucywilizowaniem a biologiczną pierwotnością. Dlatego szybciej niż inne postacie tej samej osoby wyczuwa śmierć (zob. wiersz Pajac). Może owa wrażliwość wynika z uczestnictwa wewnętrznego dziecka w tajemnych, jak gdyby gnostyckich, rytuałach, co sugerowałby wiersz Wąż, który połyka swój ogon? Jego tytuł odsyła do jungowskiej interpretacji symbolu Uroborosa oznaczającego wczesną fazę rozwoju „ja”, poprzedzającą rozdział świata na wewnętrzny i zewnętrzny. Dziecko zamieszkujące wiersze Kulbackiej ignoruje normy narzucane przez ten drugi; korzysta ze swobody ekstremalnych zabaw ([bóg przychodził do wodopoju]). Nawet obrazy z pozoru idylliczne, nadmorskie, plażowe, są tu podszyte grozą, niesamowitością (wściekła ziemia).
Poetka rekonstruuje język wygnany, przedwerbalną mowę symboli. Do tego samego archetypiczno-mitycznego porządku przynależy mitologia choroby – stanu wzmożonego odczuwania. Trudno chwilowo powiedzieć, czy erupcję wyobraźni należy w tym przypadku traktować jako przyczynę, czy jako skutek takiego zaburzenia. Orzec jednak należy, że to uwolnienie radykalne, absolutne rozprzężenie. Rządzi tutaj logika gorączkowego, powikłanego majaku roztaczającego wielopoziomowe fantasmagorie (przesłuchanie z tamtego miasta) lub wypuszczającego szybkie race pojedynczych metafor (przykład: w żarówce gotowało się światło – z wiersza oseski, dygotanie). Dla zwiększenia napięcia poetka podprowadzi czasem swój monolog na granicę chaosu. Kiedyśmy już gotowi zawołać: „więcej porządku!”, tym efektowniej zawraca, wiąże strzępy fraz, przebłyski obrazów, w zupełnie niesłychany paradoks.
Jaką wróżba dla autorki pozwala się wyczytać z jej debiutu? Jak najlepsza. Bo zaprezentowała tu kreatywność, odwagę imaginacji. Wpada ją jednak przestrzec przez skutkami brawury, która sprawia, że poetyka nie nadąża za wyobraźnią, a czytelnik – za wierszem. Zgubić swego czytelnika, doświadczonemu poecie doprawdy nie wypada. 

Fragment większej całości przeznaczonej do druku w Dwumiesięczniku Literackim "Topos".

piątek, 9 listopada 2012

Dwie gdańskie wystawy


Fotografia Siergieja Łojko rejestrująca dramatyczny moment demonstracji na moskiewskim Placu Triumfalnym 31. sierpnia 2010,  to jeden z dwudziestu trzech fotogramów zaprezentowanych na wystawie w Gdańskiej Galerii Güntera Grassa pod wspólnym tytułem "Głos obywateli. Kultura pokojowego protestu w Rosji". Z fotografii tych, zrobionych w różnych, nie tylko stołecznych miastach Imperium,  patrzą na nas twarze ludzi usiłujących realizować marzenie o świecie wolnym od oligarchów i opresji. Widzimy tu jednocześnie skalę trudności, na jaką natrafiają w swoim działaniu, izolowani policyjnymi kordonami, obojętnością i strachem rodaków.
Temat izolacji przewija się również przez wystawę towarzyszącą 7. Bałtyckim Spotkaniom Ilustratorów. Ich uczestnicy zadali tym razem pytanie: "Jak mówić o Korczaku dzisiaj - dzieciom i dorosłym?" Wystawa, choć pewnie nie wyczerpała odpowiedzi, pokazała kierunek, w którym odpowiedź iść powinna wskazują Starego Doktora jako postać pełną mędrca, pełnego pokory i dobroci,  która w najbardziej ponurych czasach stała się formą heroicznej, cywilnej odwagi, wartej ponownego namysłu w dziele sztuki. 


     
Głos obywateli. Nowa kultura pokojowego protestu w Rosji. Wystawa fotograficzna. Kuratorzy: Aleksandr Sorin, Grażyna Tomaszewska, Gdańska Galeria Güntera Grassa,  Gdańsk 1-8. listopada 2012.
Korczak 2012. Kurator: Janusz Górski, Nadbałtyckie Centrum Kultury Gdańsk, 19.października - 12 listopada 2012. 

wtorek, 6 listopada 2012

Konteksty Kazimierza Hoffmana


Poznawanie Kazimierza Hoffmana. Filozoficzno-kulturowe źródła i konteksty. Pod redakcją Roberta Mielhorskiego i Marka K. Siwca, Wydawnictwo Wyższej Szkoły Gospodarki, Bydgoszcz 2011.


Autor każdego z jedenastu  szkiców poświęconych poezji Kazimierza Hoffmana (1928-2009) nastawia perspektywę badawczą na własną odległość. Czasem skraca dystans osobistym wspomnieniem, jak Janusz Drzewucki, co  bynajmniej nie zakłóciło mu rzeczowego rozbioru stylistycznego (s. 100-101) Z kolei Robert Mielhorski, w którego  własnych wierszach zaznaczają się wyraźnie hoffmanowskie inspiracje, zaprezentował tutaj regularny, ściśle uporządkowany wykład  podstawowych cech oraz kategorii składających się na paradygmat Hoffmana. Przy czym – tu cały czas pozostajemy na przedłużeniu wniosków Melhorskiego – pojęcie paradygmatu  równej mierze trzeba odnieść zarówno do postawy podmiotu (zwłaszcza jego odniesienia do transcendencji czy fenomenu samoświadomości twórczej) oraz do cech języka czy wreszcie – do kontekstów, w którym liryka ta ustawicznie się wpisuje. Jakie to konteksty? 
Po pierwsze – konteksty filozoficzne. Związkom poezji Hoffmana z dwudziestowiecznymi nurtami myślowym bodaj najwięcej miejsca poświęca Piotr Matywiecki, zamykając swoje rozważania następującą konkluzją: Wydaje mi się, że był on fenomenologiem, ale fenomenologiem o niezwykłych zainteresowaniach. Nie tyle chciał dociekać istoty każdej rzeczy i każdego człowieka, co uprawiał fenomenologię ich ograniczenia, kolizji, ich dramatów (s.29). Dwie strony dalej Leszek Szaruga skupia się na medytacyjnej postawie podmiotu, którego milczenie epistemologiczne powoli przechodzi w milczenie metafizyczne (Milczenie domyka akt poznania, jakim jest życie – domyka i dopełnia […]; s.32).  Rozważania Szarugi prowadzą korespondują z podjętym przez Grzegorza Kalinowskiego zagadnieniem obecności religijnie rozumianej transcendencji w poetyckim  światoobrazie autora Znaków. Pisze badacz: W losie dopełnionym wielkiego poety, a takim poetą był Kazimierz Hoffman, wszystko jest  znakiem, zaś poezja, która pozostaje, staje się świadectwem nieustannego zmagania i rozpoznawania nieprzeniknionej materii świata, form przejawiania się widzialnego i niewidzialnego, w niepojętej scenerii […] (s.70-71).
Po drugie: konteksty literackie. Interpretatorzy nie tylko bezbłędnie rozpoznali związki z twórczością Fryderyka Hölderlina i Rainera Marii Rilkego czy dostrzegli polemiki z poglądami Miłosza, Szymborskiej, Różewicza lub Larkina; zauważyli również kontekstotwórcze funkcjonowanie wierszy Hoffmana, objawiające się w strategii tworzenia quasi-parafraz wierszy autorów fikcyjnych: Berta Moebego, Milana Kundy, Edmuda Jabèsa.
Po trzecie: konteksty wizualne. Właściwie niezbędne dla właściwego zrozumienia procesu przemiany wzrokowego wrażenia w werbalny znak wiersza. Proces ten uważnie śledzi Jacek Łukasiewicz łączący jednostkowe, fragmentaryczne postrzeganie (bezpośrednie, naoczne, lub zapośredniczone przez malarską wizję) z wiecznym, boskim Okiem Absolutnym: Bez świadomości tamtego oka – oko Hoffmana – nie byłoby takie same. Widoki by się rozsypały i rozpełzły, a tak tylko umacniają się, uwyraźniają albo bledną, nikną (s.19). Analizy Łukasiewicza znajdują dopowiedzenie w rozprawie Iwony Smolki Spójność kadencji.
Tylko tak trudno,  tak smutno pisać o Hoffmanie w czasie przeszłym. Całe szczęście, że zostawił po sobie Znaki i całe mnóstwo innych znaków.

Pełna wersja omówienia ukaże się na łamach Dwumiesięcznika Literackiego "Topos"


piątek, 2 listopada 2012

Brama wiecznego snu


Detal nad starannie odrestaurowaną barokową bramą przy kościele pw. Podwyższenia Krzyża św. w Pruszczu Gdańskim nie pozostawia wątpliwości: oto stajemy przed bamą wiecznego snu. Epigraf nad jej łukiem, wyjęty z Psalmu 39 poucza,że życie ludzkie jest marnością. Poucza zaś słowami przełożonym na niemiecki przez Marcina Lutra, przypominając o obszernym protestanckim rozdziale dziejów pruszczańskiej świątyni. Ci jednak, którzy leżąc wokoło niej oczekują na Sąd Ostateczny, pewnie za nic sobie już mają wyznaniowe różnice. Bowiem o Sądzie, niebie lub piekle mówi się zawsze w liczbie pojedynczej.



wtorek, 30 października 2012

Tomasz Bąk: Kanada, WBP i CAK, Poznań 2011.



Irytują mnie, drażnią wiersze Tomasza Bąka. Nie tyle może ekscentryczną stylistyką, ile swym hałaśliwym podprogowym przekazem. Z wielkim trudem szukałem do nich jakiegoś poręcznego klucza, stabilnego kontekstu ich odczytania. Po długim namyśle znalazłem: poezja sowizdrzalska. Jej bohater mieni się hipsterem? Toż to typowy sowizdrzał. No dobrze, zgódźmy się jeszcze, że anarchista zabłąkany wśród miejskich legend, klubowych scen (Krostka) i cyberdemonów (Wentyl). Bełkocą w nim one, bulgocą, ględzą. A on przycina ich komunikaty, sampluje, miksuje bity. Potem puszcza je w obieg. Kiedy znajdą się w obiegu, biegną tak, że trudno za nimi nadążyć. Gonię jednak, gonię wiersze-króliczki. Od ich ścigania ani chybi dostanę zadyszki. O ile mnie przedtem nie ogłuszą.
Poezja Bąka ma ambicję trzymania się blisko potocznego życia. Fascynuje ją to, co banalne jak barierka przed sklepem Biedronki (por. wiersz Brukowiec) lub blokowisko (Klip); co marginalne nawet wobec najbardziej liberalnych norm. Ale dlaczego w ogóle mówimy o normach? Przecież anarchia dawno wygrała tutaj starcie z hierarchią. W przestrzeni, gdzie wszystko zostało już zakwestionowane, zdekonstruowane (może już zdestruowane?), jakikolwiek światopogląd przegrał walkę z Babilonem. Mowę zaś na powrót zamknięto w wieży Babel. Przesycone, przeciążone ironią słowa tworzą antyjęzyk, żonglujący oderwanymi pojęciami lub zrywający międzyludzkie więzi (Call.etc.; &). Nie stoi za nimi żaden porządek. Nakręca je energia chaosu.  Dominuje tutaj szyderstwo przechodzące w cyniczny pesymizm.  Rodzi on  podejrzenia, że poeta wyraźnie nadużywa przysługującego psotnikom-figlarzom, prawa do szargania świętości albo bezkarnej obrazy dobrego smaku (por. Opluty strikes back).
Czy naprawdę nic nie broni debiutu Tomasza Bąka? Ależ tak! Dowcipna zwięzłość niektórych sformułowań (jaki pan, taki chłam) oraz manifestacje przeczuć eschatologicznych. Wówczas, o dziwo, poetycki monolog nabiera jednolitości. Inną mocną stroną tego tomu pozostają zręczne parodie medialnych komentarzy (Oran-yeah!). Właśnie te teksty sugerują, że pojawił się debiutant ostro najeżony, acz z potencjałem. Namawiałbym go tylko, aby zrezygnował z prób udowadniania czytelnikowi, że Nie ma takiej bajki, której nie dałoby się przerobić na porno

Joanna Pełka Śmiełowska, przeciwległe żebro, Fundacja Otwartych na Twórczość, Poznań 2019.

W poetyckim pisaniu Joanny Pełki Śmiełowskiej czuje się ambitny zamiar zaangażowania tyleż wyobraźni czytelnika co jego intelektu i zmys...