sobota, 30 grudnia 2017

Nadmorze #9. O debiutanckim tomie Kamili Łyłki-Kosińskiej "From 17".






Notki, linki
  •  Tło dźwiękowe: Quantum Jazz "Jingle Jazz" z albumu "Hand in Space" (https://www.jamendo.com/track/355482/jingle-jazz), muzyka na licencji Creative Commons 3
  • Dom Literatury w Łodzi: http://dom-literatury.pl/
  • Wydawnictwo "Forma": http://www.wforma.eu/
  • O zbiorze poetyckim Adriany Szymańskiej: "Z Księgi Przejścia":http://www.instytutksiazki.pl/zapowiedzi-i-nowosci-Wydawnicze,aktualnosci,37365,z-ksiegi-przejscia.html
  •  Stowarzyszenie Literackie im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego: http://slkkb.org.pl/





sobota, 23 grudnia 2017

Sylwester Seweryn Kołodziejczak, Księga Przysnów, Stowarzyszenie Literackie im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, Łódź 2017.


Czytać debiutancki zbiór Kołodziejczyka to tyleż samo co śnić wraz z jego poetyckim „ja” sen fantastyczny, lub błądzić pośród fantazmatów i widm wypływających na powierzchnię z najbardziej tajemnych zakątków podświadomości. Albo, rzadziej, pośród takich, przyniósł jakiś flow czy przypływ fenomenów. Można z nim także prze-śnić sen na półjawie z wirtualnymi, względnie medialnymi okrutnymi widziadłami (zob. Pokój z widokiem na wojnę II. Efekt domina. Opowieść tysiąca i jednej zbrodni). Oferta odrealnienia (się) jest tu więc bogata i, co tu dużo kryć, kusząca. Śnimy więc, śnimy zawzięcie, aż pojawia się pytanie – a może to nie my śnimy, jeno nas śnią obrazy, przedmioty, postacie z majaków? Może właśnie poprzez sny nawiązujemy bardziej złożone relacje psychologiczno-poznawcze niż by się nam zrazu wydawało?  Może właśnie wtedy poznajemy tajemny język lepiej opisujący nasze położenie wśród rzeczy dostępnych czuciu i wierze, niż wszystkie inne języki? Tak potraktowana poezja ma w sobie wiele z rewelacji, nadaje określony, językowy kształt temu, co początkowo nawet bardziej obrazową niźli słowną ma naturę. Zatem aktywnie modeluje, kreuje, nazywa. Z tego zadania wywiązuje się koncertowo. Światoobraz Kołodziejczyka, wysnuty z przysnów, czyli, – nie ociągajmy się dalej z objaśnieniem tytułu – snu i pokrewnych mu form: rojeń,  fantasmagorii, fantomów, miraży wydaje się już na swój sposób kompletny, aczkolwiek niezmiennie płynny, mgławicowy.
         W tej „rzeczywistości rozrzedzonej” łączą swoje siły Eros i Tanatos. (por. Elegia poranna). Do niejednego z pomieszczonych tu wierszy pasowałaby nazwa nekrotyku. Erosowi zdarza się również połączyć z sacrum na genezyjskim tle, zdobnym biblijną stylizacją (zob. List do pięciu kościołów, które są: w Zgierzu, Ustrzykach, Suwałkach, Szczecinku i Wrocławiu. Erotyk eklezjastyczny). Kochanka przyśniona okazuje się kochanką wyśnioną. Jej imię to raz Meredith, innym razem – Marie. Czasem obywa się bez imienia; a czasem, jako odbicie wodzie, wręcz bez istnienia
         Z potoczną rzeczywistością jest poecie tak dalece nie po drodze, że musi ją natychmiast odkształcić, a jej obraz przesycić absurdem i groteską (***, sierpień…). A gdy jeszcze wzmocni je ironią, wówczas potrafi je całkiem skutecznie wykorzystać tworząc narrację o zmaganiach z chorobą własną i innych (zob. Szpital). Jednak zło – gdy łypnie na niego groźnym okiem – budzi w nim (i w czytelniku przy okazji) niekłamany strach (Trzech króli). Sporo w takim poezjowaniu emocjonalnego autentyzmu i ani śladu taniej zgrywy. Podmiot, (neo)romatyczny wizjoner, nigdy nie zniża się tutaj do roli jarmarcznego iluzjonisty.
         Poezja Kołodziejczyka widzeniem stoi. Wszakże wolność marzenia umie poeta całkiem sprawnie zorganizować, a „materiał oniryczny” – przemyślnie ustrukturować. Ani mu w głowie puszczać dyskurs na żywioł. Niekiedy za spoiwo wiersza służy mu nastrój, podobnie oddziałują elementy zalążkowych, choć wyraźnych systemów symbolicznych (symbolika somatyczna, akwatyczna), ewentualnie nakładające się na siebie pola znaczeniowe metafor. Zawołany poeta, a za takiego Kołodziejczyka uważam, potrafi maksymalnie wykorzystać swobodę impresji, ale umie także opanować środkami, które oddaje mu do dyspozycji język. Kiedy zaś chce, zadziwia czytelnika nie tylko bujnością wyobrażeń, lecz także barokowo wybujałą poetyką tytułu, co sam stanowi odrębną prozę poetycką. Przytoczmy go w całości: Krótki wierszowany nieliryczny utwór o miłości, niepokoju, lęku gdy łaszą się do nas stare, wyliniałe bezzębne sny, nieufności do cieni tańczących na pryszczatej ścianie – stygmaty minionego lata; gdy gwiazdy topią się jak wosk gromnic, o niepewności, zbrodni, pięknie otaczającego nas swiata, o mordzie, chorobie psychicznej, którą dostałem wraz z karpiem w foliowej torebce; widziałem – mamlał w pyszczku ostatnie tchnienia jak apap, o samotności,  o tym, że pewnej nocy mogę się nie obudzić, albo obudzę się, a ciebie już nie będzie. Dla wyjaśnienia dodam, że następujący po nim wiersz wraz z lakoniczną dedykacją liczy cztery wersy i siedemnaście słów.
Sylwester S. Kołodziejczyk rad przyznaje się do terminowania u Romana Honeta. Świadczyłyby o tym pewne cechy jego poetyki, najlepiej chyba dostrzegalne w wierszu Dział Promocji i Marketingu; przywołajmy przykładowo taki oto charakterystyczny jego fragment: „Pamiętam sen w którym biegnę po białej łące skrobi, odnajduję/ Kostkę rosołową, z jej złotka uwalniam trochę jesieni/ I cały rok przestępny”. Do czego by pasował? Do Honetowej Alicji (1996)? Nie, to za wcześnie. Do Serca” (2002)? Może. Mógłby się stylistycznie wtopić w Piąte królestwo (2011) jako imitacja prawie doskonała. Prawie, acz nie do końca. Bo, jak się zdaje, wyobraźnia debiutanta jest jakby bardziej odmaterializowana, mniej substancjalna. I pewnie w inną, niespodzianą dla nas, podąży stronę.

Warsztatowa wersja noty przeznaczonej do publikacji w Dwumiesięczniku Literackim „Topos”

sobota, 16 grudnia 2017

Dorota Nowak, Antidotum, Fundacja Otwartych na Twórczość, Poznań 2017.



Co należałoby powiedzieć najpierw o nowych wierszach Doroty Nowak? Przede wszystkim należałoby podkreślić, że z tomu na tom stają się coraz bardziej empatyczne. Gdy eksponują „ja”, robią to w taki sposób, że mówiąca w nich postać staje się uosobieniem uczuć szlachetnych. Taka jej uroda: chciałaby swoim wierszem przygarnąć, delikatnie dotknąć (dawka). Stanąć blisko, obdarować choćby pięcioma minutami niepodzielnej uwagi tych, którzy się źle mają. Teraz albo od zawsze. Bo nieszczęśliwymi, nawet późnym wieku, czynią ich niezałatwione sprawy z dzieciństwa, ojcowski alkoholizm czy przemoc (zob. po pas). Zauważa niewygasłe traumy, niezaleczone lęki. Traktuje z terapeutyczną cierpliwością. (Sporo tych wierszy wzięło się po prostu z patrzenia i słuchania.) Lecz na diagnozach nie poprzestaje. Bohaterów swojej poezji wolałaby ujrzeć w momencie, gdy podnoszą się z klęsk, gdy tryumfują nad własną przeszłością i złym losem. Wskazuje dwie drogi. Pierwsza prowadzi przez proces – często spóźnionego – dojrzewania (wodorosty), druga, wiedzie przez przebaczenie. (na betonie). Obie trudne. Ale kto zdecyduje się zawalczyć o siebie, będzie miał poetkę po swojej stronie. To pewny sprzymierzeniec. Tym pewniejszy, że manifestująca się już znacznie wcześniej pozytywna emocjonalność lirycznego „ja” zyskała teraz silne wzmocnienie etyczne, nie pozostała więc jedynie splotem sentymentów, ale przekształciła się w trwalszą postawę. 

 Omawiając niedawno zbiór Opium, podpowiadałem poetce, aby poszerzyła rekwizytorium dyskursu miłosnego. Nie usłuchała tej sugestii. Ale nie mam o to do niej pretensji Ciężko doskonalić warsztat, gdy rozkwitły ongiś związek znalazł się na katastrofalnym wirażu, zaś jego rozpad nabrał cech kataklizmu; powiada podmiotka: „odkąd żywioł spalił nasze listy/ zrywają się łańcuchy na moście/ z okien wypadają wyblakłe włosy/ serdeczny uścisk słabnie zanika//w modlitwie kuliste paciorki/ oplata siła przykurczonych palców/ jakby tuliły się do słońca które/ na chwilę wypuściły twoje dłonie” (słabość). Innym razem zwierza się z trawiącej ją choroby na tęsknotę (szczelina) Znając nieco bliżej biografię poetyckiej persony, mam poczucie, że porzucenie jest tu gwałtem zadanym jej naturze. Przecież mało kto, tak jak ona  tworzy i przeżywa intymną wspólnotę z kochanym „ty”. „My” to jej ulubiony zaimek osobowy (osobisty?). Zawiera się w nim dom dla dwojga miłujących i… kota (bez szkła). Odejść? Tego nie robi się kotu. Ani kotce.  Zwłaszcza jej, która tego zerwania ani oswoić instynktem ni pojąć nie umie, gdyż zdarzają się one wbrew przyrodzonemu porządkowi. |
   Doradziłbym teraz poetce, aby dalej nie komplikowała składniowo swoich monologów. Obecny stopień ich komplikacji wydaje się optymalny. Lecz jeśli nie skorzysta z tej rady, też się nie obruszę. Koniec końców po wydaniu trzeciej książki najprawdopodobniej wie, jak chciałaby się rozwijać.



Skrócona wersja noty przeznaczonej do publikacji w Dwumiesięczniku Literackim „Topos”

sobota, 9 grudnia 2017

Anioł Ślązak na Adwent 2017

Angelus Silesius, anonimowy portret z XVII wieku
Angelus Silesius (1624  - 1677)



Cherubiński wędrowiec


z Księgi piąte 

 
68. Mędrzec nie pragnie iść do nieba.

Mędrzec, gdy umiera, nieba nie pożąda:
Zanim serce mu pęknie, już niebo ogląda.



135. Przygotowanie zmniejsza odczucie.  

Czemu mędrca  żal nigdy ni l nie frasuje?
B
o się wcześniej na gościa takiego szykuje.



tłum. pwL

sobota, 2 grudnia 2017

Justyna Święcicka, Na Zbojskach, Fundacja Duży Format, Warszawa 2017.


O takich debiutach zwykło się mawiać, że dojrzałe. Istotnie, Justyna Święcicka ma spory dorobek medialny i zawodowy. Teraz wypowiada się poetycko, zapraszając nas, abyśmy spędzili trochę czasu tam, gdzie czuje się najbardziej szczęśliwa, najbardziej prawdziwa. Scenerią większości wierszy z tego tomu jest rzeczywista wieś opodal Żyrardowa i Radziejowic. Pewnie wielu z nas, łącznie z piszącym te słowa, nigdy by o niej nie usłyszała, gdyby debiutantka zdecydowała się zatytułować swoją książkę zupełnie inaczej. Zapewne mignęłaby nam jej nazwa jako przypadkowy, raczej mało mówiący toponim pomiędzy jednym wersem a drugim. Teraz jednak  
pozostanie na zawsze połączona z konkretnym, utalentowanym nazwiskiem. Przy czym podmiotka nie pozuje na autochtonkę Wciąż uczy się tutejszości, czego przykład stanowi zwięzła, odrobinkę rubaszna, relacja z lepienia pierogów u sołtysiny Grażyny pod lasem.
Wyrastają te wiersze z samotnych (zazwyczaj) wędrówek leśno-polnymi ścieżkami, z poszukiwań ostoi dla myśli i zamyśleń (Zbiornik Świętej Anny), z mateczników, gdzie można dojść do siebie po toksycznych inhalacjach stołecznym smogiem, ale i ze złych znów, nawet z bezsenności o pełni księżyca. Garnął się do nich przydomowy ogród, rozgałęziały się nad nimi drzewa. Tyle się stało przedtem i tyle wciąż się w tym partykularzu wydarza. Ma poetka o czym opowiadać. Na ogół dykcją spokojną i pewną, jak ktoś kogo otacza odwzajemniona miłość. Opisuje swój zakątek o każdej porze dnia, o każdej porze roku. Słucha go bardzo uważnie. Wtedy zimowy mrok zamienia się dla niej w scenę teatru cieni, a wystawiana tam sztuka w obsadzie: zając, bażanty i stado dzików, przypomina jej, że Każdy ma swoje niebo, piekło, dzień i noc. (Noc). Tyle, że do piekła stąd raczej daleko, pewnie najdalej. Blisko natomiast – do bogactwa życia zwierzęcego i ptasiego, postrzeganego przez poetkę z respektem acz niesentymentalnie. Okoliczna przyroda, obdarzając swymi cudami i dziwami, pokazuje lirycznej bohaterce także wzorce trwania i przemijania, odsłania porządek rzeczy, tak samo dotkliwy jak wszędzie indziej. 
Obraz od słowa, dzieli tutaj dystans króciutki co sprawia, że ma debiutantka całkiem poważne zadatki na poetkę pejzażu, nawet wtedy, gdy krajobraz ni urodą, ni wizualną harmonią, nie grzeszy (Niedziela). Potrafi także za sprawą kilku wersów przejmująco naszkicować scenkę rodzajową (Bazar; Koncert). Obiecująco przedstawia się również subtelny liryzm Święcickiej, dochodzący do głosu  na przykład w wierszu Łąka. Jakkolwiek miewa ona problemy z zamknięciem swoich monologów (niektóre mogą wyglądać wręcz na niedokończone), pointa wiersza Pragnienie („Jedno życie to za mało./ Jedna miłość to zbyt wiele”) pozwala przypuszczać że taki problem da się całkowicie rozwiązać. Gorzej z doborem tytułów, mówiąc oględnie, mało oryginalnych. Właśnie nad tym zagadnieniem powinna się poetka pilnie zastanowić Chybiony lub ograny tytuł szkodzi wierszowi bardziej niż brak tytułu.


Fragment większej całości przygotowywanej dla Dwumiesięcznika Literackiego „Topos”

sobota, 25 listopada 2017

Nadmorze # 8. O wyborze wierszy Macieja Krzyżana "Tęsknota"

Listen to "Nadmorze # 8. Omówienie wyboru wierszy Macieja Krzyżana "Tęsknota"." on Spreaker.




Ósmy odcinek "Nadmorza" przynosi recenzję wyboru wierszy Macieja Krzyżana "Tęsknota", wydanego przez Galerię Autorską (Bydgoszcz 2017). W archiwum żywych głosów można tu usłyszeć wiersz Andrzeja Sosnowskiego w autorskim wykonaniu. Całości dopełnia unboxing książek poetyckich Fundacji Duży Format.


Tłem podcastu jest utwór Dee-Yan-Keya "Hans in Luck" udostępniony na licencji Creative Commons (CC BY-NC-SA 4.0)



notatki/linki:

  • fragmenty tomu "Poezja (nie)hermetyczna i podobne rytmy, czyli idąc dalej" w wersji elektronicznej.
  • http://www.autorska.pl/
  • http://www.fundacjadf.pl/
  • http://freemusicarchive.org/music/Dee_Yan-Key/Modern_Times/03--Dee_Yan-Key-Hans_in_Luck


sobota, 18 listopada 2017

Wit Pietrzak, Stabilne, SPP o. w Łodzi, Dom Literatury w Łodzi, Łódz 2016.


0. Pierwszy raz przeczytałem ten szczupły zbiorek pomiędzy krańcowym przystankiem miejskiej kolejki w Gdańsku a gdyńskim dworcem. Kolejka, jak zawsze ostatnio, ruszyła z opóźnieniem. Więc lektura trwała jakiś kwadrans dłużej. I tak za krótko. Debiut Wita Pietrzaka zasługuje na zdecydowanie więcej uwagi.

1. Pietrzak: doktor habilitowany, anglista, uczeń Jerzego Jarniewicza. Gdybyśmy dali się zwieść stereotypom poezji tworzonej przez akademików, wówczas moglibyśmy się tu spodziewać wierszy erudycyjnych względnie kunsztownych. Na stronicach Stabilnego dominuje jednakże przejrzystość, komunikatywność dyskursu, niekiedy skręcającego w stronę nonszalanckiego, dowcipnego rymowania wzbogaconego finezyjnie napomknieniami intertekstualnymi (zob. Na miłość). Swego doświadczenia filologicznego nie marnuje Pietrzak na klecenie wykładów wygłaszanych mową wiązaną. Jego profesjonalizm przejawia się zgoła inaczej – w zainteresowaniu językiem jako medium i materią poezji. Dlatego od razu deklaruje, czego chce i – bodaj wyraźniej – czego nie chce. Wali prosto z mostu: „bo za anemiczność i masturbanctwo to ja/ dziękuję.”. Tym charakterystycznym cytatem zamyka wiersz Poeta niechcący. Wybaczcie, Mili Czytelnicy, zupełnie nie wierzę w deklarowaną przez Pietrzaka mimowolność poezjowania. Gdyby było tak w istocie, nie znaleźlibyśmy w tym tomie tekstów zawierających dociekania autotematyczne, ściślej, koncentrujące się na językach poezji, które równie dobrze może stanowić produkt procesów quasi-technologicznych (De artificio poetica) jak wynik objawienia, rewelacji wstrząsającej umysłem oraz procesami fizjologicznymi (Rozpiska); w warunkach domowych poezję da się nawet pozyskać kulinarnie, wszak „Język, niezwykle prężny mięsień, zazwyczaj/obojętny na indeksy glikemiczne, tuczy/ podlewając oliwą jak świnię na rożnie/ po to, żeby – gdy dojdzie – zaserwować go/ efektownie, nieodzownie/ z jabłkiem zatkniętym w pysku” (Wielka wcinka). Skosztowałem owego rarytasu i wiecie co? Choć trudno jeszcze ściśle ustalić jego wartość odżywczą, wcale smaczny.

2. Siłą tych wierszy jest bardzo osobista refleksję nad sprawami i wydarzeniami nieobojętnymi emocjonalnie. Takimi, co „mrowią pod powiekami”, dotykają do żywego, niepokojąco zastanawiają (Paciorki z Ikei). Albo nad takimi, które wypływają na powierzchnię pamięci nacechowanie trudnym ongiś do określenia smutkiem wspomnienie o towarzyszu z boiska (Domy dzieci) lub poczuciem niezrozumiałego niegdyś zawodu (Bogna). Widziane okiem dziecka albo opowiedziane potocznym stylem sztubackiej narracji dopiero teraz wyjaśniają lub aktualizują swój sens. Język okazuje się w takich przypadkach tworzywem wysokogatunkowym, o ustabilizowanych parametrach użytkowych. Równie przyjazny i funkcjonalny wtedy, kiedy przychodzi poecie wymodelować w nim metaforę roz-spajających się i popadających w bezznaczenie pojęć oraz całkiem materialnych bytów (zob. Nieoznaczone) albo zrelacjonować anegdotyczne spotkanie z rodakiem w Royal Albert Hall (por. Małe ojczyzny na sprzedaż). Nadaje się też do tego, aby za jego pomocą przemyśleć istotę komunikacji albo – i to jest chyba miara jego jakości – sformułować miłosne wyznanie (Wszystkie moje fikcje).

3. „Raz wreszcie udało mi się wygrać”… – tak rozpoczyna Pietrzak jeden z najciekawszych pomieszczonych w tym tomiku tekstów. Zbytek skromności. Wierszy zwycięskich znajdziemy w tym późnym, było nie było, debiucie zdecydowanie więcej.

4. Tylko, do licha, co to jest „ćtapka”? Może właśnie to, co padało za oknem spóźnionej kolejki z Gdańska do Gdyni? Ale może miał poeta na myśli całkiem inne, acz równie deprymujące zjawisko meteorologiczne?

sobota, 11 listopada 2017

Zbigniew Wojciechowicz, dulszczynea, Wydawnictwo Forma, Szczecin Bezrzecze 2017


W poprzednim swoim tomie (ORWO, 2011) Zbigniew Wojciechowicz powracał do dzieciństwa nieodwołalnie zamkniętego w rodzinnym albumie. Kolejny zbiór poety z Polic również nawiązuje do  fotografii, tyle, że tym razem – formalnie. Jego podmiot przypomina fotoreportera spacerującego po małym, zmarniałym od swej prowincjonalności miasteczku, utrwalającego znienacka życie i sprawy jego obywateli. Jest jednocześnie tubylcem mocno wrośniętym w swoje środowisko, który doskonale wie, gdzie skierować spojrzenie. Chciałbym go sobie wyobrażać wyposażonego w niewzbudzający podejrzeń smartfon (zwany przez poetę, jakże celnie, telefonem „macanym”); no chyba, że uzbrojony w teleobiektyw zdecydowałby się stanąć za plecami kobiet-poduszkowców, które spoglądając ze swych okien, dozorują okolicę. A że horyzont tu w przenośni i dosłownie ciasny, więc mogą się każdemu przypatrzyć nie wytężając zbytnio wzroku.
W kontekście tego tytuł-neologizm szczególnie nie dziwi. Krzyżuje imię adresatki idealnych afektów rycerza smętnego oblicza z nazwiskiem głównej figury tragifarsy pióra Gabrieli Zapolskiej. Wiersz tytułowy modelowo pasuje do wyobrażeń o współczesnej kołtunerii: zakłamanej oraz bezwstydnej w swojej agresji wobec bliźnich. Zbliżając się do dulskiego ideału, osiąga ona swoje ekstremum i gasi najpiękniejszą barwę tej szaroburej przestrzeni – wdzięk dziewczęcej urody (por. zwierciadełko zamilcz przecie). Taką postawę liryczne „ja” dulszczynei ocenia surowo. Ale dla całej reszty współmieszkańców tej smutnej rzeczywistości ma znacznie więcej sympatii i wykazuje sporo tolerancji dla ich ułomności, nawet dla nałogów (A-dam). Wiersz Kamień lapidarnie objaśnia podstawową zasadę współżycia na tym szczupłym, momentami dusznym, obszarze: „my/ w małych miasteczkach/ szybko wybaczamy/ krzywdy/ jak sobie samemu/ bo kto/ niech pierwszy rzuci// nikt”. Regule tej podlegają wszyscy, niezależnie od płci, wieku, zajęcia, względnie jego braku. Bo małomiasteczkowość pokazuje Wojciechowicz jako gromadny stan umysłu, cechujący się wewnętrznym rozdarciem pomiędzy okolicznościami, od których o własnych siłach uwolnić się nie sposób, a marzeniami, w istocie mało ekstrawaganckimi: o szczęśliwej miłości (Hanna-Hanna), macierzyństwie (Pani Ania marzy), dalekiej, egzotycznej wycieczce (Bank travel). Właściwie za sprawą marzeń bohaterowie tych wierszy, na pierwszy rzut oka stypizowani, nabierają charakteru. Ale każdy wie, że marzeniami należy gospodarować oszczędnie, jak zresztą wszystkim tutaj, nawet sprzeciwem i buntem; niczego tu bowiem nie było ani nie będzie w nadmiarze (por. Sięgnąć bruku). No chyba, że mało wykwintnych trunków spożywanych w mało eleganckich lokalach (zob. W kawiarniany gwar). „ułani ułani/ chłopcy zarzygani” – mało kto tak złośliwie jak Wojciechowicz umie opisać uczestników pełnych animuszu po-knajpianych defilad i przemarszów. Do wyjątków należą ci, których trzyma w pionie poczucie wewnętrznego ładu, zdyscyplinowana forma obcowania z otoczeniem (pan z saszetką). Inni wciąż potrzebują wspomagaczy albo podpórek. Są wśród nich ci, co czują się opuszczeni przez Boga (Deus kosmateus) albo dla Boga niewidoczni (Spowiedź). 
 Zarzucić by można autorowi, że eksploatuje ograne i znane przynajmniej od czasów Andrzeja Bursy stereotypy zapyziałej małomiasteczkowości. Na jego obronę należy jednak powiedzieć, że stał się wiernym sprawozdawcą lokalnej post-transformacji, gdzie pojawienie się Internetu czy rodzinne zajadanie hamburgerów (Łameryka, Łameryka) nie przenosi nikogo w inny, bardziej przyjazny wymiar, nie ratuje przed skutkami zbiorowego wykluczenia. 
 Dobrze przynajmniej, że niektórzy poeci nie mają w dupie małych miasteczek i robią tam to, co poetom zwykle zgrabnie wychodzi: patrzą, piszą. Wojciechowiczowi wychodzi to nawet bardzo zgrabnie. 



Omówienie zbioru Zbigniewa Wojciechowicza "ORWO" 

sobota, 4 listopada 2017

Bogumiła Salmonowicz, Abrazje Stowarzyszenie „Alternatywni”, Elbląg 2016.



Rdzeniem poezji Bogumiły Salmonowicz było i jest życie O samym zasię życiu  z jej nowego tomu dowiadujemy się przede wszystkim tego, że zupełnie nie respektuje ono naszych wyobrażeń o ładzie i porządku. Katastrofy losowe czy uczuciowe powracają w nim z cykliczną regularnością niby gwałtowne, żywiołowe zjawiska przyrodnicze zmieniające radykalnie rzeźbę dookolnego i wewnętrznego pejzażu. Do tego wciąż brak skutecznych procedur określających, „jak sobie radzić z tornadem w procesach nerwowych/ kiedy własne i cudze przekaźniki zawodzą, a efekty/ rozcinają nasze nieba złością, z rykiem ciskają słowami,/ by z siłą huraganu porwać i przenieść w krainę nienawiści” – czytamy w wierszu tytułowym. Zresztą uczucia nie muszą kończyć się nagle. Mogą wygasać z wolna, aż do chwili, gdy widać już, że „wspólny czas się ulotnił/ a równoległość kalendarzy/przestała oznaczać/ jednakowość drogowskazów” (Ciekawe). Być może nie będzie przesadą, gdy napiszę, że poetkę interesują również szczególne przypadki choroby na życie. Lecz gdy terapeutyczna konieczność doprowadza do radykalnego usunięcia nieuleczalnie schorzałej tkanki, nieuchronnie kończy się to wewnętrznym o-pustoszeniem. Bo bez życia nie ma…życia. Stwierdzenia takiego w kontekście nowych wierszy elbląskiej poetki nie należy bynajmniej uważać za tautologię. Czy zatem ten tom afirmuje tzw. samo życie? Chyba nie. Po prostu jego podmiotka przyjmuje je wbrew wszelkim cierpieniom i umozoleniem. Owszem, w pewnej chwili tekstowe „ja” rade byłoby znaleźć kogoś, kto od nowa nauczy ją optymizmu, a przede wszystkim – pokaże jej, jak postawić solidną tamę upływowi czasu (zob. Ogłoszenie). Jak się jednak wydaje, dla mówiącej tu postaci ważniejsza pozostaje gotowość bycia przy tych, dla których los okazał się najmniej łaskawy. Obok ich osamotnienia w przedwczesnym macierzyństwie (Start), obok ich lęku graniczącego z tłumioną rozpaczą (Siła bezsilności) albo zaburzeń psychicznych (Chore studium rąk). Trwa przy nich całą odwagą swojej wyobraźni, uważnością spojrzenia. Empatię uważa za jedną z najbardziej chlubnych cnót (por. wiersz Stażysta). Ceni dzielność, aczkolwiek podmiotkę tego tomu trudno byłoby określić mianem hic mulier. Umie być bowiem dzielna najbardziej kobiecym rodzajem dzielności – wrażliwej, a nieustępliwej, spragnionej emocjonalnego, ale i moralnego autentyzmu (byle pozorami nikt się przed nią nie wykpi!). Intuicyjnie rozpoznaje niebezpieczeństwa, które sprowadza brak refleksji i uwikłanie w powtarzalność nawyków (Notatki z nie-życia). Kiedy mówi o sobie, konfesyjnie, albo introwertycznie, naprawdę porusza. Nie musicie mi wierzyć na słowo, po prostu poczytajcie chociażby kapitalny List do genów. Liryzm tych wierszy bywa to tęskny, to gorzki, to nasycony nastrojami pór roku albo przygodnych sytuacji. Abrazje pokazują, że Salmonowicz ma coraz bardziej określony pomysł na własne poezjowanie. No i mniej już tutaj metafor dopełniaczowych, dominujących w zbiorku debiutanckim. Postęp widzę, postęp…

Nota o debiucie Bogumiły Salmonowicz „BoSa”

sobota, 28 października 2017

Nadmorze # 7. O wierszach Anny Goławskiej z tomu "Środek komunikacji" (Sopot 2017)




Recenzja tomiku Anny Goławskiej, "Środek komunikacji" (Sopot 2017), wiersz
w autorskim nagraniu (live). 


Tło muzyczne: Dee Yan-Key,  With Ease, utwór na licencji Creative Commons, 
(CC BY-NC-SA 4.0)

Linki:
http://bookbusters.audio
http://www.podsluchane.pl/czytuczytu/podcast
http://freemusicarchive.org/music/Dee_Yan-Key/The_Unbearable_Lightness_of_Being/02--Dee_Yan-Key-With_Ease

sobota, 21 października 2017

Georg Trakl (1887-1914)

Gródek

Wieczorem brzmią jesienne lasy
Echem śmiertelnej broni, złote równiny
I błękitne jeziora, nad nimi słońce 
Przetacza się mroczniej, noc bierze w objęcia
Konających wojowników, dziką skargę
Ich strzaskanych ust.
Lecz cicho zbierają się na pastwisku
Czerwone chmury, mieszka w nich gniewny bóg,
Przelana krew,  księżyczny chłód;
Wszystkie drogi uchodzą w czarny rozkład.
Pod złotymi gałęziami nocy i gwiazd
Zatacza się cień siostry, przez milczący gaj,
By pozdrowić duchy bohaterów, krwawiące głowy,
I cicho brzmią w trzcinach ciemne flety jesieni.
O dumniejsze smutki! wasze spiżowe ołtarze
Gorący płomień ducha podsyca dziś potężny ból,
Nienarodzone wnuki.

(Bitwa pod Gródkiem Jagiellońskim - wrzesień 1914. Ostatni wiersz Trakla. - przyp. tłum.)


[szkic wiersza]

Śnieżna noc!
Wy, ciemni Śpiący
Pod mostem 
Z rozbitego czoła
Ścieka wam krystaliczny pot


[z aforyzmów]

Wrażenie w momentach bycia podobnego śmierci: wszyscy ludzie są warci miłości.
Budząc się, czujesz gorycz świata; jest w tym wszystka twoja nieodpuszczona wina;
twój wiersz - niedoskonała pokuta. 

[1914]
Tłum. P.W.L.

sobota, 14 października 2017

Radosław Jurczak, Pamięć zewnętrzna, Dom Literatury w Łodzi/ SPP o w Łodzi, Tłocznia Wydawnicza Ach Jo, Łódź - Kraków 2016.



Jeśli ktoś szukałby u Radosława Jurczaka łatwo przyswajalnego liryzmu, powłóczystych nastrojów czy rozmaitych poetyzmów, nie uświadczy ich ni grama. Co ja piszę? Ani miligrama! Kto jednak szuka nowatorskiej poezji, ten ją znajdzie.  Z jego debiutanckiego zbioru mówi do czytelników cyfrowy tubylec, reprezentant generacji, która językiem cybersieci włada natywnie, zaś cyberprzestrzeń uważa za swoje środowisko naturalne oraz za obszar, skąd można czerpać wzorce interpretacji świata. Tekstowy sobowtór poety  Śmiało porusza się po styku wirtualu i realu. Rad zapuszcza się w ich głąb. Obie te sfery traktuje komplementarnie, jako dwie części tej samej rzeczywistości znajdującej się w jednym polu poznania, scalane percepcyjnie przez jeden umysł. Poetycka zaś kreacja, zwłaszcza jeśli zestawimy ją z drastycznymi opisami doświadczeń naukowych zawartymi w wierszu #introduction_to_cognitive_science (1), wydaje się najmniej inwazyjną formą penetrowania oraz opisu procesów poznawczych i nabywania języka przez niemą z początku istotę. Gdybym już teraz mógł się poważyć na generalizacje, napisałbym, że głównym tematem tego zbioru jest świadomość oraz jej funkcjonowanie w przestrzeni sterowanej przez system. Nie polityczny ale informatyczny. Politykę zastąpiły tu zespolone technologie, tworzące macierz obdarzoną cechami transcendentnymi, zdolną za pośrednictwem medialnego przekazu zglobalizować lokalne albo regionalne wydarzenie tak, że wyrywa je z pierwotnego kontekstu. Bowiem być w medialnym przekazie, to jednocześnie być wszędzie i nigdzie (zob. Ta elegia nie jest o Palestynie). 

   Skłonność do percypowania wytworzonych obrazów, myślowych reprezentacji, lub wręcz projekcji, zamiast przedmiotów i zjawisk samych w sobie, sugeruje poeta, należy do przyrodzonych właściwości rodzaju ludzkiego, stwierdzając: „nigdy nie wyszliśmy poza symulakrum/ w przegrywarce gatunków, w przezroczystych kulach głów” (#Darwin). Diagnoza postawiona z powagą i z lekkim odcieniem rezygnacji. No bo jak nadal ćwiczyć odwagę niepodległego bycia, gdy każde kolejne rozpoznanie dowodzi, że indywidualnie i zbiorowo pozostajemy w mocy gotowego algorytmu, programu, według schematu zerojedynkowego rekombinującego dane zawarte w zewnętrznej pamięci (zob. Europa; PL.exe)?  Niejednorodny leksykalnie i składniowo dyskurs tych wierszy wciąż pozostaje zwierciadłem krytycznie odbijającym współczesność zachodniej cywilizacji: podatnej na obietnice zbawienia przez konsumpcję (#jakością_Biedronki (loop dla Jana Kalwina)), obarczonej poczuciem winy za występki kolonizatorów, bezradną wobec migracji (18 elegii dla Aylana Kurdiego) i pełnej obaw przed islamem. Debiutant ani nie udaje, że wierszem można ocalać narody, ani tym bardziej nie popada w interwencyjną publicystykę. Zresztą nie pozwoliłyby mu na to zmysł formy, temperament eksperymentatora oraz oczytanie,  roz-czytanie w twórczości Czesława Miłosza (notabene ongiś  również przedstawiciela awangardy) oraz imponujące osłuchanie w przeróżnych rejestrach języka. 

Fragment większej całości przygotowywanej do druku w dwumiesięczniku literackim "Topos".

sobota, 7 października 2017

Bogumiła Maleta, wiedziona, Fundacja Otwartych Na Twórczość, Poznań 2017.


Źródłem dumy wyartykułowanej w debiutanckim zbiorze Malety wydaje się przede wszystkim odkrycie, że w każdej, bez wyjątku, przedstawicielce płci pięknej (a wszystkie z definicji piękne!) tkwi niezmierzony potencjał twórczy, dojrzałość zaś potencjał ten zwiększa. Kobieta dojrzała – bo z takiej perspektywy podmiotka wierszy Malety spogląda na świat – nie musi już niczego udowadniać. Po prostu jest całą swoją pełnią – pełnią zebranych przez lata doświadczeń i pełnią przeżywanych właśnie pragnień. Głównie miłosnych; powiedzmy wprost – erotycznych. (Znaczna część tego zbioru to właśnie zgrabne erotyki.) Liryczne „ja” chętnie eksponuje seksapil (zob. wiersz szczególnie jesienią). Swoją kobiecość celebruje, pielęgnuje, trochę też nią się bawi. Bywa przekornie zalotna, kusi, intryguje zagadkami i wyznaniami. Prawda, bywa sentymentalna. Lecz z wdziękiem. Czasu tracić nie lubi. Zmysłowe konkrety, dane jej tu i teraz, ceni bardziej niż pełne wahań aspiracje, więc zdecydowanie nakazuje: „od dziś przestań odkładać jutro na później” (tylko marzysz) Dookolną rzeczywistość przeżywa uważnie, całą sobą, zatem zapunktują u niej ci, co wykażą zrozumienie dla dramatu rzeczy drobnych jak zagubiony pechowo i bezpowrotnie guzik od czarnego płaszcza (zaspała). Kto podziela taki świato-ogląd, może być pewny jej przychylności lub nawet czegoś więcej. Kobietom zaś, które chciałaby ją naśladować, niczym wytrawna reżyserka pomaga wydoskonalić kunszt rozpalania męskich afektów (bez żenady), tłumacząc im, i przy okazji sobie, sens miłosnego performance’: „jesteś kobietą i wiesz kiedy/ poruszyć zmysły uczciwie/ używając energii – dopóki działa./ życie kreowane emocjami// to taka twórczość sytuacyjna.” (nauczona doświadczeniem). Cały dowcip tej poezji, a przynajmniej znaczna jego część, zasadza się na kontraście pomiędzy poczuciem ekspansywności, sprawczości, skuteczności wypracowanych taktyk, perfekcyjnie opanowanych prawideł damsko-męskiej rozgrywki a konwencjonalnym rekwizytorium traktowanym z niejakim dystansem. Przyznaje poetka: „mogę być kopciuszkiem królową śniegu/ słowikiem i dziadkiem do orzechów//pasują mi świece nostalgia i wino” (w białym cieniu nocy). Rytuał oprawny w kwiecie, w podgwiezdne srebro, w psychodeliczną purpurę (noc) oraz w innych barw rozmaitość, odnosi skutek. Ale najciekawsze jest to, że namiętności, pasje, wymowne gesty dłoni, pocałunki, w najlepszej zgodzie koegzystują tutaj z całkiem tradycyjnymi wartościami rodzinnymi (w uroczystej bieli) oraz mocną wiarą w dobro (przyjdź). Czyżby dlatego, iż w odróżnieniu od poetek-feministek Maleta nie na eksces stawia, a na finezję?

Fragment większej całości przygotowywanej do druku w dwumiesięczniku literackim "Topos".


sobota, 23 września 2017

Kinga Weronika de Walla, Twarze niedomknięte, Fundacja Kultury AFRONT, Bukowno 2017.



Debiut. Objętościowo szczupły, acz z potencjałem. Wiersze, oscylujące pomiędzy wrażeniami a wizjami. Ta pierwsze są często jesienne. Te drugie – barwi nokturnowy mrok; niekiedy rozświetlany gorącym albo chłodnym płomieniem. Śnią się w nich sny na jawie. Pełgają fantazmaty we śnie. Ogarnia je niepamięć kształtów płynnie przechodząca w przypomnienie miłosnych szczegółów (zob. wiersz reminiscencja). Całą poetycką materię widać tutaj w fazie dynamicznego dojrzewania, przybierania form, strojenia głosu. Chaos zapisany próbuje zafunkcjonować jako kosmos, „prywatny wszechświat”. Autorka skrzętnie zbiera wszystkie pomysły, spostrzeżenia, notuje podszepty podświadomości, docenia każdy dar inspiracji. Szyje patchworki, układa kolaże i patchworki zawsze z tym samym zapałem. Z wdziękiem przeskakuje od obrazu do obrazu, od zamyślenia do wieszczby, od nostalgicznego wspomnienia dzieciństwa (Pokarm) do chęci narobienia rabanu.
  Podmiotka tego zbioru mówi na ogół w pierwszej osobie, konfesyjnie. Testuje własną nadwrażliwość, dotykając każdego „teraz”, w którym tkwi „świadomość głodu,/ ognia i wojny”; by natychmiast wyznać:  krzepi mnie przyczajona wiara,/ że od krwistych zachodów mam tylko otarty/ naskórek” (aksjomat). Tak wypróbowana świadomość, kiedyś może stać się dla niej punktem oparcia lub przewodnikiem prowadzącym ją ku bardziej określonej aksjologii. Na razie liryczne „ja” debiutantki solidnie odrobiło ćwiczenie z empatii; intuicyjnie, ale konsekwentnie rozpoznaje się w problemach bliźnich, w ich trudnościach z byciem pod obojętnym niebem (por. logika twarzy; „chodźcie i spór ze mną wiedźcie”). 
  Prawdę rzekłszy, bardziej niż puszczone na zupełną swobodę frazy, ciekawsze wydają mi się tutaj wiersze nieco bardziej zdyscyplinowane. Po prostu – lepiej koncentrują uwagę. Należą do nich przykładowo (i na przekór tytułowi) choćby takie rzeczy w nieładzie. Ale to jeszcze nic! Rasowemu fanowi krótkiej formy prawdziwą frajdę sprawi epigramat zatytułowany ciało. Zacytujmy go: „dziedziczę w akcie mowy./ język wraca do stanu skupienia.”. Wraz z tytułem – dziesięć słów. Plus dwa znaki interpunkcyjne domykające równoległe logicznie stwierdzenia. W kontekście całego tomiku, postawmy taką hipotezę, można je odczytać jako najkrótszą ars poetica, postulat wobec swego przyszłego, sposobu ekspresji. Gdybyż poetce udało się go urzeczywistnić…


Fragment większej całości przygotowywanej do druku w dwumiesięczniku literackim "Topos".




sobota, 16 września 2017

Tadeusz Dąbrowski: Środek wyrazu, Wydawnictwo a5, Kraków 2016





Sztubaka, nawet mężczyznę w pewnym (między)wieku, mówiącego do czytelników z kart tomu Pomiędzy (2013) w nowym zbiorze Dąbrowskiego zastąpił mężczyzna po przejściach, z poważnymi zadatkami na losera. Tym, co jego wiek męski uczyniło wiekiem klęski, był rozpad małżeństwa Tekstów traktujących wprost o małżeńskiej katastrofie znajdziemy tu mimo wszystko mało. Mniej nawet niż tych, zrodzonych z przeżywania kolejnej miłości. Są jednak wyjątkowe: zdziwione, że wydarzenie bądź co bądź dramatyczne nie wiąże się z żadnymi spektakularnymi fenomenami, że następuje prawie niepostrzeżenie: „Myślałem – mówi poeta – że miłość umiera efektowniej,/ na atak serca lub AIDS, a ona odchodzi// obojętnie jak człowiek,/ który zgubił, lecz jeszcze// o tym nie wie” (***, Myślałem, że miłość umiera efektowniej…). Do wizerunku swego lirycznego bohatera dodaje poeta jeszcze jeden rys – losera, przegranego, co, jak sugeruje początkowy wiersz zbiorku (Kredki), zdradą sam się przyczynił do własnej porażki. Potem w jeszcze głębszą popada depresję. (zob. ***, Z roku na rok coraz bardziej zdołowane Drużno…). 
   W mulistych odmętach smutku nie przebywa jednak długo. Prędko zmienia temat. Próbuje poddać analizie kwestię możliwości skutecznego, sensownego porozumienia, o wiele bardziej skomplikowaną niż by się wydawało. Bowiem trzeba jeszcze przezwyciężyć monologiczność ego, które podczas rozmowy rozdwaja się na osobowy podmiot komunikacji i na „ja” rozproszone na rozmaite projekcje(***, Rozmawiając z gwiazdą…). Czy oznacza to kryzys zaufania do słowa jako środka wyrazu i komunikacji?  Bynajmniej – raczej głębsze rozpoznanie jego natury, ograniczeń, przypadłości.
  Nie byłby Dąbrowski sobą, gdyby znów nie podzielił się z czytelnikiem swoimi niepokojami metafizycznymi. Koncentrując się tym razem na chrystologii, uprawia ją, na pograniczu teologicznej poprawności. Tworzy apokryf drugiego stopnia, bo tak należałoby chyba rozumieć sens anagramatycznie odwróconego tytułu wiersza Fyrkopa, dotykającego relacji pomiędzy wolnością a boskim zamysłem lub przeznaczeniem. Relacji, w którą uwikłany został sam Chrystus nie do końca pewny swojej zbawczej misji, wypełniającej słowa Pisma. Ta niepewność jeszcze silniej uwydatnia jego cechy ludzkie. Niemniej gdyby podmiot tego tomu miał dokładniej określić przedmiot swojej wiary, przyznałby chyba, że wierzy głównie w poezję i w poezją przenikniętej myśli pokłada nadzieję. Chwyta się tej nadziei, trzyma się tej wiary. Cóż, zwątpić w słowo, w skuteczność mowy 
jako środka wyrazu to do Tadeusza Dąbrowskiego całkowicie niepodobne.

Warsztatowa wersja recenzji przeznaczonej do druku w dwumiesięczniku literackim „Topos”


sobota, 9 września 2017

Mirka Szychowiak: Jakie to życie jest krępujące, Fundacja Duży Format, Warszawa 2016.



Graniczące ze skargą westchnienie, słyszalne w tytule nowego, bardzo introwertycznego, tomu  autorki człap story, trudno byłoby uważać za niezwykłe novum. Tyle, że choroba na istnienie, która trochę wcześniej dotknęła podmiotkę jej wierszy, wydaje się teraz wchodzić w stadium szczególnie ostre. Być może dlatego, że tym razem dopadła ją na dalekim wyczerpującym, etapie przedsięwziętej ongiś drogi. Bo przecież najtrudniej wędrować poprzez siebie, zwłaszcza wtedy, gdy się dostrzegło,  że jest się ziemią jałową, „polem niczyim” (Porosłam). Poetka spróbowała zobiektywizować swe rozpoznanie, gdyż forma gramatyczna czasownika w początkowym wierszu jednoznacznie wskazuje na męski rodzaj mówiącego w nim podmiotu, jak gdyby żeńskie „ja” wielu pozostałych tekstów potrzebowało się przejrzeć w czyichś, możliwie bezstronnych, oczach. Te są bezlitosnym zwierciadłem. Widzą ją czyniąca rachunek sumienia, wahającą się pomiędzy akceptacją dawnych win a chęcią ich odpokutowania. Taką  zastaje ją kres, czyli rozproszenie w surowym, odludnym pejzażu (W jasno). 
  Kompozycyjny porządek całego zbioru pozwala odczytać ten zabieg jako antycypację, zapowiedź ostatecznego końca. Początek zdominowała alienacja tak wielka, że trudno ją pomieścić w jednej osobie. Stąd istotną rolę odgrywa tu motyw rozdwojenia lirycznego „ja”, lub jego podwojenia obecny w melancholijnym wierszu Odbicie. Chociaż trudno uwierzyć, by jakakolwiek multiplikacja skutkowała pomnożeniem sił egzystencjalnych. Nie potrafiła podmiotka poprawnie ułożyć stosunków z alter ego; poczynań transcendencji nie rozumie (por. Wyjaśnienie). Złapała tylko chwilową równowagę w przejściowym punkcie, gdzie „Z tyłu ledwo/ żywe dni, z przodu natarczywa ciemność” (W zaparte). Lecz zaraz znalazła się w opresywnym zawieszeniu, zaś „To, co ją porwało, nie żąda okupu/ — cena strachu  jest nieobliczalna./Tam wysoko bardzo boli/ chce zadusić.// Ani spać, ani spaść, ani nic” (Ani, ani). Owa niewola skutkuje somatyzowaniem emocji, prowadzącym do wyobcowania z cierpiącego ciała, pomimo, że tekstowe „ja” wciąż potrafi okazać czułość, teraz – głównie rozdwojonej sobie, lecz jak można wnosić z wiersza Dżem session, czułość ta miała kiedyś także innych adresatów.
Wykrzesawszy z siebie energię wściekłości i sprzeciwu podmiotka usiłuje wydobyć się z pułapki zamętu, niepokoju, bezładu. Próbuje zintegrować to, co się rozprzęgło  (zob. Przesiadka), przywołać wewnętrzny bałagan do tymczasowego chociażby porządku.     Poezja o imponującej mocy obrazowania. Bez trudu pokonuje opory imaginacji i bierze nas w posiadanie całym swoim przesmutkiem.


Warsztatowa wersja tekstu przeznaczonego do publikacji w Dwumiesięczniku Literackim "Topos".


Joanna Pełka Śmiełowska, przeciwległe żebro, Fundacja Otwartych na Twórczość, Poznań 2019.

W poetyckim pisaniu Joanny Pełki Śmiełowskiej czuje się ambitny zamiar zaangażowania tyleż wyobraźni czytelnika co jego intelektu i zmys...