sobota, 28 grudnia 2013

Tomasz Hrynacz: Przedmowa do 5 smaków, Wydawnictwo Forma. Fundacja Literatury imienia Henryka Berezy, Szczecin-Bezrzecze 2013.

Niemal do połowy tomu dominującym smakiem pozostaje smak popiołu. Czasem z przymieszką goryczy, co „zalegać będzie// podniebienie”  (por. wiersz Szkło). Inne smaki pojawią się tutaj dość zdawkowo, właściwie śladowo. Co zrozumiałe: wszak to dopiero preludium, przedmowa, wstęp do innych pragnień, do innych tęsknot. Może do zgody na zastany kształt świata wymuszonej poniekąd przez fakt, że „Głód życia wykupuje/ nam śmierć” (wiersz tytułowy).
Hrynacz dopisał kolejny rozdział do swego długiego już traktatu o niewygodach istnienia, coraz bardziej dotkliwych, zadających kolejne cierpienie (traumatyczne czasowniki lub rzeczowniki stały się już trwałym elementem słownika jego poezji). Spotęgowaną nadwrażliwość podmiotu kaleczy tutaj: pozimowy poranek, milczenie i kurz; „wiadomości nie z tego świata” i sny; upiorna żałoba i „niebo z monogramem gryzącego słońca. Wszędzie może się czaić „niebezpieczny element w treści życia” (Uwagi). Nad „przepaścią/ świata” podmiot zanuci melodię, o której powie, że „Wydał ją ogień, rozsławił /popiół”` (Samotna pieśń). Potem trwożliwie zamilknie. Za chwilę coś szepnie w języku trwogi, pełen najgorszych przeczuć co do swej przyszłości doczesnej, a pewnie również wiecznej (Tu). Nic więc dziwnego, że smaki redukują się tutaj i zanikają, zanim na dobre zapamiętają je zmysły znużone próbami łamania szyfrów egzystencji, odczytywania znaków niezbędnych dla właściwego istnienia. Próbami daremnymi, „bowiem ostateczna odpowiedź przyjdzie/ w innym porządku”. (Wpław).  
Wiele tych tekstów czytam jak próby odczynienia upiornego uroku. Może ich protagonista wszedł w szczególnie ostrą fazę wewnętrznego kryzysu? W którą stronę kryzys ten się przesili? Pośród zgrozy katastrof ledwo w wierszu Zrywając się ze snu zauważam zapowiedź pozytywnego ciągu dalszego.   Przedmowa sporo mówi o naszej wspólnej sytuacji egzystencjalnej. Bardzo poważnie, ze świadomością, że tutaj żartów nie ma. Nie ma i już!

Skrócona wersja omówienia przeznaczonego dla Dwumiesięcznika Literackiego "Topos"


środa, 25 grudnia 2013

Notacje 2013 (1)

19/04
1.”Notatnik duszy”? Eee, tam od razu…

2. W PGS na wernisażu dziwiętnastowiecznych, barwnych drzeworytów japońskich z kolekcji muzeum w Osnabrück, ktöre przysłało nawet swojego przedstawiciela: jowialnego jegomościa nazwiskiem Philipp, z dyskretnym kolczykiem w uchu. Ale mówił naprawdę zajmująco, a krótko, czym zaskarbił sobie sympatię zebranych, którym spieszno już było do oglądania bogatych w szczegóły, mieniących się barwami, prac. Najbardziej zaintrygowały mnie ukiyo-e, obrazy świata przepływającego wartko, nawet gwałtowanie, wraz z gejszami, aktorami kabuki, demonami i katastrofami.

3. Na sali wystawowej dłuższa rozmowa z dwójką moich maturzystów - Grzesiem Z. i Magdą G., która, odkąd ją znam, zawsze chodziła własnymi drogami. Wybrała sobie zawód muzealnika. Teraz jeszcze imponująco wypiękniała.

02/05 [Kaszuby]
1. Rzadki, bardzo rzadki dar: rozłożysty, wieczorny spokój, świeżo zaparzona mate; wiele nocnych godzin na czytanie i pisanie.

2. Bezlistna wiosna tutaj robi przygnębiające wrażenie. Lecz krzepi na duchu zachód słońca zapowiadający na jutro świąteczną pogodę.

3. Doczytuję trzeci tom dziennika Jana Lechonia napisanego jak gdyby obok planowanej przez niego arcypowieści.  To jego "Poszukiwanie straconego czasu", albo lepiej: czasu, który się mu zatracił. Zdenerwowane, jak na neurotyka przystało, zrozpaczone, czasem zachwycone lub zadumane, kreślone coraz zamaszyściej i coraz trafniej,  zapiski kończą się arcymądrą uwagą: Można zawsze znaleźć w swej inteligencji, woli, sercu, coś, co pomoże nam w walce z życiem, z ludźmi. Ale na walkę ze sobą - jest tylko modlitwa (29.maja 1956)Kilkanaście dni później uznał się za pokonanego w tej walce. Wyskoczył z okna hotelu "Hudson".  

4. Dobrze pamiętam, kiedy zacząłem lekturę "Dziennika": w  Boże Narodzenie 1992 spędzane u Rodziców w N. Dostałem go pod choinkę od Byłej, kiedy pisałem na polonistyce swoje magisterium o Lechoniu. Jeszcze przed wszystkimi katastrofami. Była spodziewała  się już naszego dziecka.

5. Zakładki, bilety, kwity włożone pomiędzy kartki książek stają się po latach integralną częścią ich treści. Podobnie jak wizytówki, które pozostawiam zawsze w kieszonkach po wewnętrznej stronie kolejnych notatników.

6. Dom dobrze ogrzany i dalej noc. Teraz myślę, że mógłbym tu zostać na dłużej pośród książek i notatek. Siedziałbym w moim biurkowym kąciku strzeżonym przez ikony św. Onufrego i św. Piotra. Lektury wystarczyłoby mi do późnej jesieni.Za dnia piłbym wodę, wieczorem wino, przed samym snem miód, aby przywołać najsłodsze sny, a te złośliwe  trzymałbym z daleka od mojego posłania.  Krzątałbym się wokoło swojego gospodarstwa słów, odziany skromnie, w spraną, dżinsową bluzę. Martwiłbym się mało. Słuchałbym na okrągło paru płyt: głównie jazzu lub Bacha wykonywanego przez Glenna Goulda lub Jacquesa Loussiera. Mam poczucie, że po miesiącu nocna cisza głębokiego nieba zaczęłaby mnie nawracać prawie samorzutnie. 

03/05  [wciąż Kaszuby]
Daleki spacer na Zamkową Górę, skąd widać wszystkie pięć jezior. Bezlistne wciąż lasy robią przygnębiające wrażenie. Ale buczyny na kurhanowiskach rozwijają się jakby mimo wszystko, z uporem.  

13/05
Wieczorem MK zabiera mnie na czytaną w Teatrze przy Stole sztukę Thomasa Bernhardta "Pozory mylą". Obsada: Krzysztof Gordon i Jarosław Tyrański. Sztuka o braterskiej Hassliebe, z wyraźnymi cechami czarnej komedii, w warstwie słownej pełna repryz i repetycji.

27/05
Nad ranem niewygodny sen. Mam wygłosić referat na jakiejś sesji naukowej. Ale gubię tekst. Próbuję coś mówić z pokreślonych notatek. Wypada mizernie.
Zaraz potem sen o pogrzebie w piękny, letni dzień.

01/06 [Kaszuby]
Nie jestem prawdziwym Polakiem między innymi dlatego, że nie mam „swojego” Żyda. Bo wiadomo, Polak prawdziwy powinien mieć swoich Żydów oraz swoich Niemców. Tych pierwszych mam ponad statystyczną normę. Ale starozakonnych - na lekarstwo.
  

02/06 [dalej Kaszuby]
Pierwsza Komunia w kamienickiej parafii. Widać, że to święto całej wioski z przysiółkami i wybudowaniami. Tłumne, wystawne, a pobożne. Drugoklasiści należycie przejęci i wystrojeni. Świątynia przybrana w biel. Ale kto mi wyjaśni, dlaczego jednym z głównych elementów kościelnej ozdoby był gipsowy amorek, czyniący kokieteryjny  gest posyłania całusa?

09/06
Czarna kotka przenosząca w pysku przez ruchliwą ulicę małe, nastroszone, może ze strachu, kociątko. Spod zaparkowanego opodal samochodu śledziło ją kocie stadko: jeden bury, reszta koloru smoły. Pewnie rodzina.

15/06
Wesołek metafizyczny.

środa, 18 grudnia 2013

Szymon Domagała-Jakuć, Hotel Jahwe, Dom Literatury / Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi, Łódź 2013.


W Hotelu Jahwe, zamieszkała postać, która za swój obowiązek uważa zabieranie głosu w sprawach obiektywnie słusznych, bo przecież do takich należy krytyka używania przemocy na tle różnic politycznych (por. wiersz Do Przemka z NOP-u (myślami będąc przy skatowanym chłopcu ze squatu na Wagenburgu) ) czy zatroskanie o mieszkańców ubogich dzielnic Łodzi (Ulica Zarzewska). Tematy te podejmuje poeta z prawdziwą pasją i gorliwością świadka-społecznika. Gorzej, kiedy próbuje stawiać ogólniejsze diagnozy. Wówczas dobiera sobie standardowy zestaw wrogów (innych nie dowieźli?), czyli: Polskę, rodzinę, Kościół Katolicki. Rozumiem – chciałby swoją poezją pochuliganić, pograndzić z wielkim hukiem. Ale czemu ta chuliganeria jakoś taka przewidywalna? Mało mnie już zaskakują stwierdzenia, że polskość to suma obsesji antykomunistycznych i antyżydowskich (wiersz Bulla profana) albo, że „Zły jest Kościół, który pasie owce swoje wiązkami moheru./ Jedyny kraj, w którym rydz zrywa klienta, nie odwrotnie/ rydz żywy, pożywny kręci antenką od beretu./ Przesolili z krzyżami, aż stały się kratą, nowym czerwonym/ stoją, jakby chciały wydymać niebo.” (tamże),  zaś rodzina „z ojcem, który ma pręt zamiast ręki, ścieka z niej pas religii” stanowi gniazdo wszelakiej opresji (zob. Współczucie dla Katarzyny W., (modlitwa za Matkę Polkę)). Poeta artykułuje swoje poglądy znacznie dobitniej niż socjolog czy publicysta: zmysłowo, obrazowo, dynamicznie, co do pewnego stopnia pomaga jego dyskursowi uwolnić się od wpływu gazetowych klisz.                                                                        
Prawdziwe kontrowersje zaczynają się, gdy podmiot zaczyna snuć przemyślenia okołoreligijne. Bywa wówczas tak ironiczny, że aż przewrotny w biblijnym sensie tego przymiotnika. Bez wątpienia jednak wykazuje potrzeby duchowe. Mówi:  „Tak, 26 marca 2011 po Chrystusie […]/ około 22 w Łodzi na rogu Marynarskiej i Wojska Polskiego/ krzyczałem na Boga żywego – krzyczałem do Boga żywego, aby wziął/ za mnie/ odpowiedzialność. Ja nie potrafię. Trudno ją objąć, przebija wszystko,/ co do tej pory widziałem” (Kamila).  Wszakże potem zaczyna obsesyjnie łączyć religijność z seksem, co uważa chyba za szczególnie dowcipne. Niemniej trudno później uwierzyć w deklarację: Chrystus to mój ziom. Od czasu do czasu dla odmiany powie coś o religii bez seksualnych wtrętów (Głos Anioła Bożego, orędzie idące jak błyskawica od Pana Boga Świętego, a dane do rozgłoszenia w mieście Łodzi), względnie pochwali się erotycznymi wyczynami w całkowicie świeckich dekoracjach (Kropla chłopca).


Domagała-Jakuć chętnie inspiruje się stylem Biblii, parafrazuje go, parodiuje. Przemawia antykazaniami, antymodlitwami, antylitaniami, wznosi (tylko dokąd?) antyhymny. Bogaty repertuar chwytów i środków retorycznych poszerzył jeszcze o określenia uważane powszechnie za plugawe. Czy nie szkoda rozmieniać pasji i  talentu (którego poecie odmawiać nie zamierzam) na tanie obrazoburstwo? Chyba że debiutant marzy o wzniosłym męczeństwie za wolność poetyckiej wypowiedzi. Lecz widoki na taki rodzaj martyrologii raczej marne. Żaden recenzent przed Inkwizycją go nie postawi. 

Warsztatowa wersja większej całości przeznaczonej do publikacji w Dwumiesięczniku Literackim "Topos"

sobota, 14 grudnia 2013

Angelus Silesius na Adwent 2013


"Cherubiński wędrowiec"
z księgi piątej



15. Potępienie tkwi w istocie.
Mógłby do najwyższego nieba trafić potępieniec:     
I tak czułby wciąż piekło/ piekła udręczenie.

46. Ty jesteś pierwszym grzesznikiem.
Milcz, grzeszny/ nie wrzeszcz na Ewę i Adama:
Gdyby ci nie już upadli/ ty zrobiłbyś to samo.
tłum. pwL

środa, 4 grudnia 2013

Dorwać Samborskiego! Muzeum Sopotu, 23.11.2013. (Wideorelacja.)

W Muzeum Sopotu rzadko zdarzają się wernisaże tak tłumne jak otwarcie wystawy malarstwa jednego z najwybitniejszych reprezentantów Szkoły Sopockiej - Artura Nachta-Samborskiego. Dla publiczności zabrakło miejsca nie tylko w jadalni, salonie i buduarze Willi Claaszena, ale nawet w sieni robiło się tłoczno. Przyszliśmy do płócien Samborskiego, opowiadających  o widzeniu i kreowaniu barwy. Najpiękniejszym, najbardziej esencjonalnym - w martwych naturach owocowych i roślinnych, co gdzieś na dnie wpatrzonego oka pozostawiają gęste zielenie lub esencjonalne żółcie. Tak intensywne, że dobrze zapamiętane, tego wieczora oświetlały powrotną drogę przez jesienny zmierzch.    

sobota, 30 listopada 2013

Grzegorz Wróblewski: Gender, Wydawnictwo FORMA. Fundacja Literatury imienia Henryka Berezy, Szczecin 2013.

Zbiór swoich opowiadań uzupełniony tekstem dialogowanym, Grzegorz Wróblewski opublikował w serii ilorazy ironii. Ów iloraz w tym przypadku  jest  wyjątkowo wysoki. Autor Ciamkowatości życia wziął właśnie na ostrze światopogląd mieszkańców przesyconej rozmaitymi ideologiami, cywilizacji Zachodu. Obywateli lepszej Europy cechuje tu gotowość wyznawania każdej idei pod warunkiem, że będzie odpowiednio poprawna, a w swej poprawności szalona i uwolni ich od obowiązku przytomnej refleksji. Tym samym wpadają oni w pułapki ekologii (opowiadanie 800 dzikich gęsi i kot), konfrontują się ze złudą multikulti, schodzą na manowce feministyczne, dietetyczne. No i, rzecz jasna, seksualne. Zideologizowana, a równocześnie zbiologizowana społeczność, przeżywa ostry deficyt uczuć wyższych. Równie słabo radzi sobie z uczuciami niższymi. Jak gdyby jej członkowie wyzbyli się ambicji bycia istotami rozumnymi. Zapomnieli jednak, że człowieczeństwa nie można porzucić bezkarnie. Dlatego niektórzy są już postrzegani jako porcje białka, humanoidy, samce, samice (por. Leczenie domu). Tracą podmiotowość. Do myślenia służą im eksperci produkujący obowiązkowe poglądy opakowane najczęściej w pseudointelektualny, zwodniczy bełkot. Opisany przez Wróblewskiego nieład wzbudza abominację nawet jego uczestników. Wobec tego stanu rzeczy można jedynie: „Uparcie przebijać się w dżungli. Na własny rachunek. Samotnie i anonimowo.” (Wielki Erg Wschodni).                                                                                                             
Nie zawiódł  Wróblewskiego zmysł obserwacji. Jego czujne ucho wychwyci każdą frazę nadającą się na budulec dialogu albo pololigu, czyli ciągu nie powiązanych ze sobą, zasłyszanych wypowiedzi (zob. Lenox Avenue/ Macolm X Boulevard). Niezależnie od tego, czy sięgnie po konwencję fantastyczno-naukową (por. psychodeliczna Cllaaariiiis), czy też realizm przyprawi sporą porcją groteski, dialog staje się tutaj czynnikiem silnie energetyzującym całą narrację (Stypendyści). Jeśli wierzyć diagnozom pisarza – nie w przejściowym  impasie się znaleźliśmy, jeno w prawdziwych opałach.                                

Skrócona wersja omówienia przeznaczonego dla Dwumiesięcznika Literackiego „Topos”

środa, 27 listopada 2013

Chowanie noży w Dworku Sierakowskich (22.11.2013)

Daniel Bourne (po lewej) i jego polski tłumacz, Tadeusz Dziewanowski.
Poezja Daniela Bourne'a zaprezentowana zeszłego piątku na wieczorze autorskim zatytułowanym "Chowanie noży i inne wiersze" sytuuje się w dużej odległości do popkulturowego obrazu współczesnej Ameryki. Nie potrafi i zapewne też jeszcze nie chce rozstać się z obrazami codziennych zajęć zachowanym w dziecięcej pamięci, z postaciami tworzącymi lokalną społeczność, z zapomnianymi, a za sprawą poezji, odzyskanymi zdarzeniami. To wiersze ze szkoły Walta Whitmanna i Williama Carlosa Williamsa, po anglosasku przywiązane do konkretu. Aż dziw, że dotąd nie utorowały sobie drogi do polskiego czytelnika (choć sam poeta żywi dla Polski sympatię i całkiem nieźle włada polszczyzną). Być może czekały u nas na swojego odkrywcę. Dziś można już napisać, że się doczekały. Bo Tadeusz Dziewanowski ze swego zadania wywiązał się pilnie wczytany zarówno w poetyckie obrazy jak w swoistości wersyfikacyjne. Jeśli chcecie sprawdzić, czy mam rację, posłuchajcie załączonego nagrania, zapisano na nim oryginały w autorskim wykonaniu oraz przekłady w interpretacji tłumacza.


środa, 20 listopada 2013

Andrzej Grzyb, Miejsce na ziemi, i inne drobiazgi, Bernardinum, Pelplin 2013.

1.  „…ale czy Paryżem musi być mój pępek świata?” – pyta  narrator całkiem drobnych oraz troszeczkę dłuższych próz Andrzeja Grzyba chwaląc sobie zadomowienie w obszarowo dość szczupłej, acz pod wieloma innymi względami bogatej, przestrzeni Kociewia Leśnego. Tutaj ma swoją ojczyznę. Bynajmniej nie „małą”. W sam raz. Mieści ona wszystko, co potrzebne do spełnionego, niespiesznego życia. Myliłby się jednak ten, kto na tej podstawie zaliczyłby twórczość autora Niecodziennika pomorskiego  do modnej niegdyś prozy „korzennej”. Jej bohaterowie nie szukają swoich korzeni. Nie muszą. Dobrze je znają. Historię, która w tych okolicach chadzała często drogami odmiennymi niż w innych regionach kraju, pisarz taktuje jak oczywistą materię narracji; poniekąd jako należną część spuścizny po przodkach osiadłych w swym zakątku z dawna lub nawet od czasów niepamiętnych.                                                  Do świadomości opowiadającego tutaj „ja” fakt znalezienia własnego miejsca dociera w momencie dlań bardzo szczególnym, pewnej szpitalnej nocy. Zaraz zostaje przełożony na język liczb. „Moje miejsce na Ziemi  – czytamy w prozie tytułowej – to półkorytarz z pokojami od numeru czterysta osiemnaście do numeru czterysta czterdzieści jeden. Leżę w izolatce oznaczonej numerem czterysta dwadzieścia. Tyle zobaczyłem, kiedy wczoraj wieziono mnie na tomograf komputerowy”. Liczby wyprowadzają bohatera ze szpitalnej ciasnoty dalej – do miasta S. (Starogard Gdański?) i miasteczka C. (Czarna Woda?). Wspierają dążenie narracji do obiektywizmu. Bowiem proza Grzyba konkretem stoi. Szuka tego, co sprawdzalne,  komunikowalne. Traktuje je jako punkt wyjścia zabiegów kreacyjnych. Bez konkretu, ani rusz. Choćby nie wiem co. Taki charakter zachowuje  nawet wtedy, kiedy narracja wychyli się w stronę metafory czy alegorii (Okno na drogę).

2. Kociewska, borowa ostoja przynależy do Północy, krainy zaczynającej się w dorzeczu Brdy i Wdy, kończącej się hen, na Nordkappie. Tutaj najważniejszą pora roku wydaje się jesień. Aby ją poznać, należy wejść w bliski kontakt z naturą, dziwić się jej i zauważyć, że  ona także dziwuje się człowiekowi (zob. okno na podwórze). Należy ją przewędrować pieszo. Albo przepłynąć kajakiem. Po drodze zaś wszystko trzeba skrupulatnie zapamiętywać. Sporo zatem w tej książce partii opisowych, czy wręcz osobnych tekstów przypominających pejzażowe szkice kreślone zawsze w taki sposób, iż wiadomo, że za jednym opisanym porankiem stoją takich poranków dziesiątki; poranków bliźniaczych, streszczonych w ten szczególny, tak prawdziwy, że wart opisania.                                                                                                            Pomorska natura pozostaje nader gościnna tak dla żywych: wędrowców i filozofujących łazików; jak dla umarłych. Tych drugich przygarnia cierpliwie, nie pytając kto zacz i za czyją sprawę wojował: „O, widzisz ten kopczyk brzozowym krzyżem? Niektórzy mówią, że tu pogrzebano żołnierza napoleońskiego, inni mówią, ze leży tu eden z partyzantów Yorka, są też tacy, którzy twierdzą, że to dezerter z Wehrmachtu, jeden z tych, co nie chciał wrócić z urlopu  na front wschodni, jeszcze  inni, ze leży tu sołdat sowiecki zastrzelony przez enkawudzistę za gwałt na Polce. Wojny pomieszane, żołnierze, wojny, tylko śmierć prawdziwa.” -  powiada jeden z bohaterów opowiadania przetartym szlakiem.
Narrator tych tekstów unika metropolii. Jedyny wyjątek robi dla Gdańska. Uczynił go  tłem magiczno-teatralnej relacji ze spotkania autorskiego (poeta czyta wiersz o barbarzyńcach) oraz opowiadania o jednym dniu życia Mola, postaci na wskroś niewyjątkowej. Przywołał potem  nadmotławską  legendę ze szczęśliwie zakończonym wątkiem miłosnym (gdańskie miłowanie). Odbył krótki spacer alejkami oliwskiego ogrodu. Prędko nacieszywszy się miejską wycieczką,  powraca do swego matecznika.    

3. Jak gdyby się obawiał, że pod jego nieobecność coś lub ktoś zniknie z jego partykularza, albo popadnie w zapomnienie któraś z tutejszych wartości stanowiących jego fundament. Bez obaw. Wszystkie pozostały na swoim miejscu: punktualność nakazująca pilnować czasu, praktycyzm skłaniający ojca narratora, żeby sprawdził, czy „w zastoinie nie ostał się jakiś szczupak albo węgorz, a gdyby tak było, złapałby te ryby do wora i zabrał” (spacer). Oraz szacunek dla starszych, którzy, jak babcia Marianna potrafili śpiewaniem godzinek przeprowadzić dom przez „marznące deszcze, śnieżyce i mrozy” (porzucone początki) lub jak blisko stuletnia pani Władysława, świadek radykalnej przemian świata, wbrew którym ocalał zapach jabłek bardziej nawet trwały niźli jabłoń, co je rodziła. Prócz cnót zdarzają się tu i niecnoty, wręcz zbrodnie. Absurdalne, niezrozumiałe zarówno dla postronnych świadków jak dla samych sprawców. Niektóre stanęły już przed trybunałem historii (sąd najwyższy) inne – oczekują na wyrok (zabić pentliczka). Zauważymy tu też ludzi zmarginalizowanych, zabłąkanych na bezdroża losu (z biletu parkingowego). Wchodząc pomiędzy nich, oddalamy się od mitu lokalnej idylli tak chętnie eksploatowanego przez prozę nostalgiczną.


4. „Otwieram oczy. Tworzę opowieść. Opowiadam sobie (…) Może jutro, może kiedyś opowiem ją temu, kogo spotkam.” – mówi narrator, przedkładający naoczność ponad czystą imaginację. wiekowej pani Władysławy, że całego życia opowiedzieć niepodobna (podróż w niepamięć). Poprzestaje przeto na fragmencie, w którym może się skupić całe aktualne doświadczenie. Na poniechanym (chwilowo?) początku albo na wrażeniu tak jeszcze świeżym, że nosi w sobie ledwie zapowiedź wielu innych momentów, cudownych, dramatycznych, zamyślonych. Dlatego trzeba je zanotować możliwie dokładnie, aż do momentu, kiedy wyczerpie się zapas konkretów, względnie intuicji. Potem może trzeba będzie zostawić całość w formie zalążkowego mikrogramu (nie bez powodu w roli motta do tej książki występuje wyimek z miniatur Roberta Walsera), który potencjalnie może się rozwinąć w nowe opowiadanie, esej, felieton, anegdotę, ironiczną humoreskę. Lecz na razie wiele z tych zapisków jest tym czym jest i dobrze im z tym. Czytelnik również nie powinien narzekać. 

Warsztatowa wersja tekstu przeznaczonego do publikacji  w Dwumiesięczniku Literackim "Topos".

środa, 13 listopada 2013

"Lech Bądkowski.Obrazy z życia."


Z powodów generacyjnych, czyli całkiem obiektywnych, nie zdążyłem poznać zmarłego przed prawie trzydziestu  laty Lecha Bądkowskiego. Czego do dziś żałuję, bo autor "Odwróconej kotwicy" należy do tych, którzy najsilniej kształtowali rozumienie pomorskości, ukazując ją jako pewien fakt nie tylko etniczny, ale i kulturowy. Dlatego obecność na wernisażu rysunków przedstawiających biografię pisarza w formie komiksu uważałem za swój czytelniczy obowiązek. 
Bohater spod Narviku, pierwszy doradca robotników w strajkującej Stoczni, nawet w komiksowym ujęciu, pozostał postacią wielowymiarową. Bardziej niż wszystkim innym okolicznościom zawdzięczamy to studyjnemu  podejściu do tematu, zaprezentowanemu przez każdego z sześciorga młodych rysowników, artystów o pewnej kresce i dynamicznej wyobraźni. No i najważniejsze: każdy z nich doskonale opanował sztukę trafnego skrótu, pozwalającą z historycznej perspektywy ogarnąć okiem epoki, na które życie Bądkowskiego przypadało - zwłaszcza gęsty od wydarzeń początek lat osiemdziesiątych. Zastosowali nadzwyczaj nośną formę przekazu, która może się okazać znakomitym wstępem do lektury powieści Bądkowskiego. Tym bardziej, że wznowiono właśnie powieść "Połów nadziei" w jej autorskim, wolnym od cenzorskich ingerencji kształcie. Narracyjnie osadzoną wprawdzie w pomorskim kontekście, ale w swoim przesłaniu kontekst regionalny przekraczającą. Kto chciałby się co upewnić co do jej wartości, niechże posłucha rekomendacji, jakiej udzielił  jej Paweł Huelle.


środa, 6 listopada 2013

Xawery Stańczyk, Skarb piratów, Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2013.

Poetycka persona wierszy Xawerego Stańczyka robi wszystko, abyśmy przypadkiem nie pomyśleli, że młódź nasza niewinną jest. Zastanawiam się tylko, skąd w tym chłopcu (podmiot Skarbu piratów wygląda na znacznie młodszy niż metryka autora – rocznik 1985) taka wiedza na temat natury zła? Najeżony, nastroszony – straszy otoczenie. W rytmie rapu poucza adresatkę początkowego wiersza: „Wiesz, co się liczy, szacunek ludzi ulicy,/ kasta miasta, master, z tego się nie wyrasta/ a jak to cię przerasta, to się idź pochlastać, basta!” (Piekło). Kilkanaście wersów dalej objaśni: „piekło nie polega na cierpieniu,/ lecz na zadawaniu cierpienia. Bez litości.” (tamże). Swoim złem się napawa. Nie podchodź, nie dotykaj niedotykalskiego! W przerwach kontempluje swoją sytuację nieszczęśliwego pośród innych nieszczęśliwców płci obojga (Dark water). Niekiedy uwzniośla się swoim cierpieniem. Na ogół jednak przyznaje się do emocjonalnego pokrewieństwa, a to z ogrem-pechowcem – bohaterem dobranockowej kreskówki (Toadie), a to z białym misiem opiewanym w discopolowej piosnce. Milsza mu widowiskowa dezintegracja niźli żmudne podnoszenie się z upadków (Rozpad). Subkulturę emo traktuje niezbyt serio  (Słabe), Nie zamierza cierpieć stadnie. Swoje miejsce, swoją ideę przewodnią, swój barwny styl życia odnajduje daleko od centrów czy mainstreamów, zasila szeregi prekariuszy, ludzi niepewnych jutra: Prekariat na zielonej, śmieciowej wyspie,/  pirackie rejsy, prosto w oko sieci, surferów w kolorowych pokojach/ wynajmowanych na szaro./ Wdzięk niekonsekwencji,/ by tańczyć na zerwanych łączach tęczy” (Niemądre, ale fajne wiersze).

Skąd wzięła się taka postawa? Po części z obserwacji znaków czasu, o czym jeszcze za chwilę. Motywuje ją także lęk przed dorastaniem, ściślej – przez wmanewrowaniem w dorosłość (por. Kolejny tom wykładów Michaela Foucault) przez jakąś złowrogą siłę. Dlatego najlepiej zakląć ją wierszem wzmacnianym bluzgami. Albo też zadeklarować się jako osobisty wróg publicznego porządku, ładu i składu.  I dalejże epatować burżuja! Z braku burżuja można wziąć na celownik całkiem sympatyczną panienkę zatrudnioną w korporacji   (Robaczki). Zastanawia mnie wszakże, że tak przenikliwy w kwestiach krytyki społecznej poeta, gdy podejmuje problematykę polityczną,  zaczyna żonglować przewidywalnymi stereotypami; czuje się w obowiązku przypomnieć o tradycyjnym polskim” antysemityzmie  oraz obśmiać katastrofę smoleńską tudzież prezesa pewnej partii, posiadacza kota. Jak godzi fajnopolacką eksploatację tych klisz z deklaracjami o kontrkulturowej, anarchistycznej, niezawisłości własnego światopoglądu (Demonstracje),  pozostaje zagadką.  

Doceńmy wszakże jego wiersze około-miłosne. Ich metaforyka zachowuje ekspresyjność, artykulacja się jednak uspokaja. Wtedy do głosu dochodzi melancholia rozstań (Którą mam) albo pragnienie czułości (Pocałunki). Taki szorstki liryzm, bardziej do mnie przemawia niż rozgadane tyrady, efektowne za sprawą brawurowych nawiązań do poszyj autorów rozmaitych (przykładowo:Władysław Broniewski, Krzysztof Kamil Baczyński, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Julian Tuwim, Bruno Jasieński) . Zręczny ze Stańczyka majsterkowicz. Montażu wiersza Poor little rich girl (składam wiersz z twoich słów) mógłby pozazdrościć sam Adam Słodowy.  Dlatego ma Stańczyk chyba większą szansę sprawdzić się jako liryk niż jako publicysta.   

Warsztatowa wersja większej całości przeznaczonej do publikacji w Dwumiesięczniku Literackim "Topos"

środa, 23 października 2013

Katarzyna Bolec: Plusk, Biblioteka Nowej Okolicy Poetów/Podkarpacki Instytut Książki i Marketingu, Rzeszów 2012.

Debiut Katarzyny Bolec mieści w sobie wiersze pisane z drugiej strony dzieciństwa. Proces dorastania stał się jednym z najważniejszych i najciekawiej podjętych tematów jej tomiku. Dzieciństwo jest w tu sytuacją poszukiwania odpowiedzi na zadawane wprost oraz przeczuwane dopiero pytania. Odpowiedzi mogą znaleźć się wszędzie. Może udzielić ich modny aktualnie przebój lub wspólne przeżywanie rytuałów przyjaźni na dobre i na złe (***, to lato w nas pokutuje…), po której pozostają pamiątki, prawie jak żywe (Filmik). Najciekawsze są jednak opowiastki i obrazki z epoki przejściowej ilustrujące przemianę dojrzewającego człowieka, jego socjalizację, wejście w cywilizację dorosłych, nabywanie nowego języka. Teraz za jego pomocą należy opowiedzieć świat sobie i innym; doskonalić „nieskończone sposoby opisywania nicości” (***, Na razie tańczysz z wilkami…). Najprawdopodobniej dlatego dwakroć  spotykamy tutaj Pocahontas przechodzącą cywilizacyjną inicjację połączoną z całkowitą przebudową struktury emocji i wyobrażeń. Początkowo socjalizacja grzęźnie na etapie nieprzynależności, gdy liryczne „ja” stwierdzi: „Przyswajam obcą składnię/ Geometrię języka/ Jak pies/ wyjący nieidiomatycznie do księżyca”(***, Jestem bezpańska… ). Dopiero potem decyduje się zanurzyć w dorosłość. Rozstaje się z hitami Madonny. dojrzewa do ryzyka. Ze zdziwieniem zauważa, że „Przejście z jednego stanu w drugi/ Tak naprawdę wymaga tylko/ Dobrze dopasowanego/ Kostiumu/ Nie musi być wcale trendy/ Ważne, żeby był jak druga skóra/ Którą można zrzucić/ Kiedy chcesz wypłynąć/ na głęboką wodę” (wiersz tytułowy).
  Proces dojrzewania wydaje się jednak utrudniony za sprawą warunków zewnętrznych, jakże odległych od tych które „niemodne nastolatki w skórzanych płaszczach/ z importu” (***, Kiedy wreszcie zdecydowałam się zamówić wódkę…) obserwowały w amerykańskich filmach. Bohaterka wierszy Katarzyny Bolec, tworząc alternatywną wersję własnego życiorysu wolałaby trafić na amerykańską prowincję, najlepiej w epoce hippisów (Słońce też wschodzi), zaprzyjaźnić się z szesnastoletnią Maud. A może się w nią wcielić? (Tylko co na to Magda i Anka, jej przyjaciółki-siostry?). Ostatecznie  zadowala  ją Anglia, gdzie może „poczuć się jak Pani Jeziora/ albo przynajmniej jak dziewczyna Robin Hooda (od samego rana w sobolowych futrach)” (Epistoła narnijska).
   W każdym razie  jeśli podróż, to zdecydowanie drogą wodną. W kolejnych wierszach silnie zaznacza się motyw żeglugi przechodzącej w dryfowanie po nieznanych akwenach (Ciemne morza). Towarzyszą jej obrazy emigranckiego zadomawiania się w nowej przestrzeni, w nowych obyczajach (Primark fashion show albo Tea for one). Owo spotkanie dwóch wątków: edukacyjnego i emigranckiego każe się zastanowić, czy dojrzewające dziecko nie jest również przychodźcą w krainie dorosłych?


   


środa, 9 października 2013

Marek Pacukiewicz: Budowa autostrady, MaMiKo, Nowa Ruda 2012.

Któż by pomyślał, że nader kontrowersyjna inwestycja III RP zaowocuje niebanalnym debiutem? Spore znaczenie ma dlań kreacja podmiotu – eksploratora placów budowy, podejmującego swoje wyprawy z pobudek literackich, wiedzionego chęcią wpisania się w epicką opowieść, choćby jako  świadek epokowych zdarzeń. Chętniej jednak przyjmuje postawę komentatora lub egzegety przemieniającej się przestrzeni. Proces przemiany śledzi w bardzo sposobnym ku temu momencie: gdy odchodzą odwieczne znaki i znaczenia, zastępowane innymi – nowymi, bogatszymi, bardziej atrakcyjnymi. Można chyba zaryzykować hipotezę, że trasy przelotowe, wiadukty, węzły, obwodnice z wolna obrastające infrastrukturą, uważa poeta za zespół sensów, który należy stekstualizować w zapowiedź coraz wspanialszego, bo coraz bardziej mobilnego, świata. Z  poczuciem wyższością myśli o potomnych badaczach, którzy za kilkanaście pokoleń, podczas wykopalisk  spróbują odczytać ślad działań jego współczesnych (zob. wiersz Szczątki). Sam zresztą chciałby, aby owi archeologowie  zaliczyli go w poczet budowniczych autostrad, dołączyli  go do grona skrzętnych tubylców – budowniczych suwerennej autostradowej krainy nieomal po breughlowsku wkomponowanych w odmienione pejzaże (Inny obraz).
  Wędrując obrzeżami, poboczami, podmiot doświadcza prawdziwej  technofanii, nadającej rzeczywistości całkiem nowy kształt, przeobrażającej ją od samych posad i podstaw (por. wiersz Epifania). Swoje afirmacje wypowiada, jak się zdaje, całkiem serio. Łatwo się godzi z faktem przebudowy świata nawet za cenę zakłócenia rytmów natury. Podobnie potraktuje fakt zagłady przedmieść, zaanektowanych przez królestwo już nie z tego świata, „Gdzie rozkład niedoskonałości i plan ideału/Śpiewają zgodnym chórem” (Wyburzanie ogródków działkowych). Znany co najmniej od czasów Psalmisty symbol drogi oznaczający najczęściej jednostkowy sposób życia stał się teraz figurą rozpędzonego funkcjonowania cywilizacji. Zogromniała droga jest jednocześnie jej Wielką Matką, żywicielką, żywotną arterią. Dyktuje wybory etyczne wyrażone choćby poprzez zgodę na pobranie do transplantacji organów potencjalnej ofiary samochodowego wypadku. Formuła takiej deklaracji, jak kiedyś modlitwa lub zaklęcie, została spisana „na kartce schowanej w torebce/ niczym podręczne lusterko/ między dowodem osobistym a prawem jazdy”  (Linie). Nawet lokalny ruch pojazdów nabiera cech liturgii – podobnie jak ona wymaga powtarzalnych, skupionych gestów kierowcy. Może obiecywać swego rodzaj oświecenie, nawet odkupienie wyznawców technologicznego panteizmu (por. wiersze Piątek; Strefa zgniotu). Powstawanie autostrady ma  także wymiar paraartystyczny. Proces jej budowy traktuje  Pacukiewicz jako work in progress, posąg cywilizacji,  pomnik z asfaltu i kruszywa, trwalszy niż ze spiżu, zdolny przetrwać nawet kres dziejów (zob. Koniec świata 2012).
  W zestawieniu z wierszami przetwarzającymi przydrożne obserwacje samotnego wędrowca, teksty autotematyczne, poetologiczne prezentują się trochę mniej okazale: jako preludia, wprawki, próby (udane!) ustawiania głosu lub zawierania wstępnych porozumień z patronami poezji Pacukiewicza: Albertem Camusem, Paulem Celanem, Josephem Conradem, Zbigniewem Herbertem. Często też kładą fundament pod formy rozbudowane, sprozaizowane, bliskie esejom (Rewitalizacja kwartału) lub fragmentom filozoficznym (Tabula). Ale skupiający w sobie wszystkie zalety tych form tekst Wybuch metanu. Zarys poematu sugeruje, że Pacukiewicz z powodzeniem podjąłby zadanie epika, gdyby sztuka opowiadania heksametrem, aleksandrynem albo trzynastozgłoskowcem nagle wróciła do łask.              

Fragment większej całości przygotowywanej dla Dwumiesięcznika Literackiego "Topos".


środa, 18 września 2013

Słowo wstępne do spotkania autorskiego Wacława Tkaczuka. Sopot, Dworek Sierakowskich, 13.09.2013.




1. Spotykamy się dzisiaj z okazji aż dwóch publikacji: pierwsza to zbiór poezji Na więcej, na przepadłe; natomiast tytuł dzisiejszemu spotkaniu nadał arkusz dołączony do aktualnego numeru Toposu. Oba wydawnictwa łączą pojawiające się w nich tu i ówdzie podwójne daty. Czasami dzielą je cztery lata, czasem dwadzieścia cztery. A pomiędzy tymi datami – ileż się działo! Ileż musiało się wydarzyć, by wiersz powstał. Przede wszystkim przepłynęło wiele chwil na pograniczu nie tyle snu i jawy ile na granicy snu i wizji. Ileż przez świadomość oraz przez nieświadomość musiało przejść lustrzanych odbić, samo-widzeń, nagłych powidoków. Poezja Tkaczuka lubi dziać się cicho, wizualnie. Odsłania  więc nieznaną stronę postaci, która dla tak wielu była i jest głosem w radioodbiorniku. Jej podmiot stawia sobie za cel dotarcie do samego siebie, samo-poznanie, określenie własnej tożsamości, chwilowej, jak łatwo zauważyć, lecz nieustannie się określającej, ustalającej się w wierszu. A kiedy się już w miarę stabilnie określi, rusza dalej, aby dotrzeć do Boga, który – jak się dowiadujemy – reprezentując fundamentalną pewność, „nie jest od gdybania”. Nawet wówczas, gdy nie udaje mu się dotrzeć aż tak daleko, a widzenie nie mieści się już w języku, trafia na  krańce mowy. Wtedy usłyszymy w niej zawieszenie głosu. I czujemy że poeta uchwycił mowę za krańce tyleż mocno co skutecznie.
  Rzecz godna uwagi, że w wierszach Tkaczuka, porywających nierzadko mistycznymi wizjami, manifestuje się tyle uwagi dla całkiem konkretnych fragmentów rzeczywistości. Słychać to, kiedy poeta wylicza imiona drzew, krzewów, kwiatów i ziół, uważnie przypatruje się ludziom napotykanym na plaży, obraca w myślach i w piosenkowych strofach kamień z Forum Romanum, zapisuje pamięć dawnych zim albo upałów. Wylicza je we wspomnieniu, wspomina zaś poprzez tęsknotę, poprzez refleksję nad upływem i trwaniem świata: w jego zaskakującej urodzie albo w trwodze śmiertelnego poniżenia. Nie rezygnuje z niczego. Nie trwoni danego jej świata.
2. Jej podmiot nie chce udawać nikogo lepszego. O swoich uczuciach: miłości czy trosce, informuje powściągliwie, więc tym bardziej przejmująco. Ani mu w głowie bicie rekordów! Pięciokroć nas upewnia, że wypisuje się z Księgi Guinessa. Kroczy we własnym tempie. Godnie.  Potrafi naprawdę zaimponować swoją niespiesznością. Także wtedy, kiedy w kombinacji liczb na pierwszy rzut oka całkowicie losowej, stara się wyczytać ukryte struktury teraźniejszości – i być może – kolejne zadania, jakie przed nim stawia.
3. W pięknie innych tekstów literackich poezja Wacława Tkaczuka przegląda się nadzwyczaj rzadko. A jeśli już – gdzieniegdzie aluzyjnie przywoła Juliana Przybosia; pozwoli się ówdzie prząść się  norwidowskiej czarnej nici czy też  przemknąć złotopszczołej komecie; albo krótko ozwie się echem Pieśni konfederatów Słowackiego. Poeta ufa zaletom  formy modelowanej potrzebą komunikatywności, przybierającej postać szkicu, lirycznego eseju, nawet quasi-reportażu.  Wszelako nad problematyką formalną wyraźnie góruje poczucie kierunku, w którym zdąża liryczna persona i przypuszczenie, a może już nawet nadzieja, że losu, choć niezmiennie skomplikowanego ustawicznym objawianiem się lub gaśnięciem  fenomenów, nie sposób sprowadzić jeno do gry bezcelowych przypadków oraz bezpowrotnych  prze-padków. 

środa, 11 września 2013

Izabela Iwańczuk, Perły wieczne, Mamiko, Nowa Ruda 2012.

Liryczny dyptyk wyrosły z wrażliwego doświadczania śmierci i miłości. Część pierwszą książki zajmują córczyne treny opłakujące zmarłą matkę. Można je potraktować jako rozłożoną na kilka etapów pracę żałoby znajdującą swoje odbicie również w nawiązującej do klasycznych wzorców kompozycji żałobnego cyklu zapoczątkowanej ekspresją żalu, zakończonej konsolacją. Najbardziej interesujący pozostaje wynik tej pracy – wniknięcie w nadprzyrodzony cel macierzyństwa.
O samym umieraniu pisze poetka z powagą właściwą rzeczom ostatecznym. Później oswaja stratę modlitwą i czułością (List). Powraca do miejsc i sytuacji dzielonych z umarłą (Zagadeńko zagadaj). W takich momentach epitafijną dykcję zastępuje tonacja prostej, dźwięczącej jakby liebertowskimi echami, piosnki (poczytajmy: „Maryjo niebiańskie kadzidło// za mamę jodłową/ wznieć modlitwę przeczystą” – z wiersza Matko wiosny pełna); nawet – zwięzłej rymowanki sprawdzającej efekt uczestnictwa w językowych grach (Rycina).
Na przeciwległym biegunie sytuują się wiersze-znicze. Podobnie epigramatyczne, lecz głęboko stęsknione, zadumane (Zaduszki). Uporanie się ze stratą okazuje się w nich wstępem do rozeznania jednaj z fundamentalnych prawd chrześcijaństwa – obcowania świętych. Przeżycie tej prawdy prowadzi poetkę do wniosku, że śmierć, pozostając faktem bolesnym, jest jeno tymczasową pointą egzystencji; macierzyństwo wypełnione dobrem i troską (w taki sposób przedstawia zmarłą poetka) wychyla się ku wieczności, woła o zmartwychwstanie (Mistrz). Odchodząc, zaś pozostawia na tym świecie drogocenny spadek – dojrzewającą duchowo córkę.
Izabela Iwańczuk akcentuje sakralny wymiar macierzyństwa. Na początku spotykamy tu matkę uświęconą poprzez jej dobroć (Fotografia). Potem świętość matki nabiera rysu maryjnego (Madonna Teresa 1976 rok), aby na chwilę nabrać cech wręcz chrystologicznych (Analogia).
 Z sakralizacją mamy do czynienia również w erotykach z drugiej części zbioru. Uwzniośleniu podlega tutaj zmysłowa namiętność. 

Erotyka w wierszach Iwańczuk stanowi najwyższą, najbardziej intensywną formę obcowania żywych. Rozpala do żywego (Albatros), zmienia geografię świata (zob. Wulkany). Może być wspólną podróżą (Jechaliśmy razem), wzajemnym odkrywaniem, doznaniem egzotyki lub rozpoznawaniem swojskości. Ale musi przy tym koniecznie stawać się dziełem sztuki podobnym wierszowi (Wobec krytyki), a jeszcze lepiej, by upodobniło się do muzycznej kompozycji.
Iwańczuk ceni sobie dość tradycyjne rekwizytorium literackie i takąż leksykę. Wykorzystuje ją jednak wcale pomysłowo, z wdziękiem i humorem. Sprawia to, że jej tomik może liczyć na przyjaźń wielu czytelników niezależnie od stopnia ich lekturowego zaawansowania.

Skrócona wersja tekstu przeznaczonego do publikacji w Dwumiesięczniku Literackim Topos

środa, 4 września 2013

Znowu powróciło czterdziestu


Zanim warszawska "Łączka" oddała swoich pogrzebanych, zrobiły to Bory Tucholskie, gdzie przed rokiem, opadal drogi prowadzącej z Krąplewic do Gródka nad Wdą  odnaleziono czterdzieści cywilnych i wojskowych ofiar lotniczego ataku Luftwaffe na kolumnę uchodźców, w pierwszych dniach września 1939. Zbadane przez archeologów, ułożone pod brzozowym krzyżem, czekają na pomnik. Ale ten najważniejszy monument już im wzniesiono - w pamięci otoczenia i podróżnych, przemierzajacych drogę wśród lasów, gdzie nie ma chyba zakątka, dokąd historia nie zapuściłaby okrutnego spojrzenia. 

środa, 21 sierpnia 2013

Ingo Cesaro


Wymarła wieś. Za
drzwiami mieszkają jeszcze
tylko imiona.


Pajęcze sieci
przy ślepych szybach okien. –
Tej starej tkalni.



Ze zbioru: Obwohl frisch geölt. 77 Dreizeiler nach japanischem Vorbild
Ausgewählt und herausgegeben von Norbert C. Korte

Copyright © 2010 by ATHENA-Verlag, Oberhausen
tłum.pwL

środa, 14 sierpnia 2013

Reinerowi Kunzemu na jubileusz 80. urodzin (16.08.2013). Kilka zdań osobistych.


Człowiek bez władzy? Albo – od polityki do egzystencji.



Był kiedyś czas, kiedy prawie wszystko w Polsce było polityczne. Oczywiście – także poeci i ich książki. Większość z nich ukazywała się w samizdacie. Jesienią roku 1988, przed samym spotkaniem autorskim znanego podówczas poety, Wiktora Woroszylskiego w gdańskim klasztorze dominikanów, kupiłem sobie mój pierwszy zbiór wierszy Reinera Kunzego: Nokturn i inne wiersze przełożony na język polski przez Ryszarda Krynickiego. Wiersze te, swoją zwięzłością i czystością poetyki, okazały się dla mnie, wówczas studenta filologii, nową przestrzenią liryczną. Napisana przeze mnie recenzja w podziemnym czasopiśmie kulturalnym stała się moim debiutem krytycznoliterackim. W tamtym czasie interesował mnie przede wszystkim polityczny aspekt tych wierszy, napisanych przez autora, który w jednym ze swych przemówień, nazwał poetę człowiekiem bez władzy.

Autor może zrezygnować z każdej władzy. Ale wiersze tak czy owak mają swoją własną moc – budzenia refleksji lub wyobraźni. I tak przechodzimy do aspektu egzystencjalnego. W moim, całkiem już dorosłym życiu miałem chwile, a nawet lata, gdy musiałem żyć oko w oko z nicością i absurdem. W wierszach Kunzego znalazłem wskazówki – jak można w ogóle żyć z absurdem. A chociaż w roku 2003 napisałem monografię twórczości Kunzego jako swoją rozprawę doktorską, wciąż jeszcze czytam poezję Kunzego (przede wszystkim poezję!) jak ten młody człowiek, jesienią, u końca lat osiemdziesiątych. Może tylko mądrzejszy o wiele cierpienia, o swoje ludzkie zmartwychwstawanie, o wielką, szczęśliwą miłość.  


(Polska wersja tekstu przygotowanego do jubileuszowego numeru czasopisma europäische ideen)


Recenzja tomiku opublikowana w miesięczniku kulturalnym NSZ-impuls, grudzień 1988.


środa, 7 sierpnia 2013

Grzegorz Jędrek, Badland, Biblioteka „Arterii”, Łódź 2012.

Od razu się czuje, że mamy do czynienia z poezją, której chodzi o coś znacznie więcej niż tylko o wiersze. O co więc? O zmierzenie się z faktem. jak najbardziej realnego istnienia zła. Zło określa tu naturę świata; lub – używając dawnego określenia – „świat w złem leży”. W zło upadł, jak gdyby skutkiem jakiejś katastrofy przemieniającej całą populację symbolicznego miasta w byt kolektywny, w jeden zbiorowy organizm. Każde autonomiczne niegdyś  „ja”, zostało teraz zredukowane do roli komórki lub synapsy przewodzącej wrażenia, impulsy (zob. wiersz Miasto), zawiadywanej  przez demona – bestię wężokszałtną, wielogłową (Tamto). Badland jawi się zatem jako nieznany dotąd obszar ziemi jałowej lub dantejskie miasto utrapienia, gdzie się mieszają języki ludzi i ognia (Tak żywi, umierający, martwi). Znacząca większość mówi tam mową potępionych, a tylko nieliczni próbują przemawiać językiem wody i wiatru. Być może właśnie ci ostatni – by przywołać symbolikę biblijną – należą do ochrzczonych z wody i z ducha.  Już sama ich obecność pokazuje, że niepokojąco opisana przez poetę bestia, choć każdego chce sobie podporządkować, panuje jednak nie wszędzie i nie nad każdym. Wczytując się w poetyckie studium oddziaływania zła, łatwo zauważymy, że kto popadł w jego moc, ten do zła się upodabnia, przybiera jego kształt, marnieje, tracąc własną formę (Z płótna Bacona). Podobnemu zniekształceniu podlegają narracje i mity, według których dotąd się orientował (Eurydyka). Bo ostateczną zgubę poprzedza tutaj zagubienie bez możliwości odnalezienia się (Pokoszmary). Mówiąca tutaj postać zdaje sobie sprawę z tego, ze i ją samą spenetrował Zły – głęboko, aż do struktur genomu. Wcisnął się w zakamarki jaźni i składni (Korektor). Zdegradował je cyniczną bezsennością (Modlitwa I). Chwilami Badland przycicha, zło się przyczaja, ale jakby tylko po to, aby przyjrzeć się skutkom własnego działania. Że mówiący podmiot,  krocząc po wężowym śladzie, umie odczytać symptomy skażenia, oznaki wewnętrznego oblężenia przez zło, wcale nie znaczy, aby był szczególnie odporny na jego podstępy. Przeciwnie: manifestacje zła, będącego jednocześnie zjawiskiem z tego i nie z tego świata budzą w nim zgrozę, której nie zaradzi logika, a pociechy czerpane od filozofów pogrążyć mogą w jeszcze głębszej bezradności. Mało skuteczne okazują się także próby nawiązania kontaktu z jakimś podobnie zagrożonym i zabłąkanym „Ty”,  z którym prowadzi martwe rozmowy niezdolne spoić w jednoznaczną całość mozaikowo rozdrobnione cząsteczki dyskursu (por. wiersze Dystans; Vanilla Cafe). Na razie w dyskursie tym dominuje poczucie bezsiły, tym bardziej że protagonista dopiero uczy się dochodzić sacrum, wybierając zresztą bardzo osobliwe drogi, co najlepiej ilustruje wiersz Najsampierw.
   Tworzenie wielopoziomowych metafor wyćwiczył autor równie dobrze jak umiejętność wglądania słowem w ustronne prowincje dzieciństwa (zob. Industrial). Także dzięki tym sprawnościom podarował nam poezję wysokich napięć metafizycznych. 

Fragment większej całości przeznaczonej dla Dwumiesięcznika Literackiego "Topos".

sobota, 29 czerwca 2013

Anna Karolina Kuk: słuchaj Judi w co wierzy ciało, Wydawnictwo BUK, Białystok 2012.

Muzyczność wierszy Anny Kuk realizuje się w bardzo szczególny sposób. Odwzorowują one muzykę w jej najbardziej skomplikowanych, najbardziej subtelnych, strukturach. Unikają jej powierzchownego naśladownictwa. Nie zalecają się łatwą melodyjnością. Bo kompozycje do których się odnoszą, reprezentują na ogół trudniejszą w odbiorze muzykę współczesną (por. np. sonata skrzypcowa M. Weinberga – cz  I).
Coś, co na użytek niniejszych uwag należałoby nazwać zasadą muzyczną, często reguluje tempo tekstu, albo wprowadza lekki, podobny tanecznemu ruch we wszystkich kierunkach  jednocześnie. Kiedy zaś zechce ujawnić się w całej okazałości,  wówczas ukształtuje harmonijną frazę (zob. słuchaj Judi, VI). Lekturę wierszy Kuk wspomaga zatem generalne osłuchanie wraz z odrobiną erudycji. Zwłaszcza wtedy, kiedy poetka odwoła się do tajników sztuki kompozytorskiej albo podejmie próbę zbudowania eksperymentalnego wiersza-partytury opatrzonego solidnym opisem wstępnym (soneta polifonica). Ale bez erudycji też można. Bo umie nas poetka ucieszyć formami bardziej przejrzystymi a pełnymi wdzięku. Takimi jak choćby Pieśń poranna, gdzie objawia się nam sens działania muzycznej zasady. Albowiem, jak wolno wnosić, tylko mową dźwięków można objaśnić obecność w stworzonym świecie – i w samym człowieku – osoby transcendentnego Boga. Muzyka zatem najwierniej oddaje istotę wewnętrznego doświadczenia i samego aktu wiary, czyli przekonania, że „istnieją cuda/ co są JEGO mową/ są/ i będą/ tym w co nie mamy odwagi uwierzyć” („***, nie wierzę w morskie latarnie…”). Być może z tej właśnie wiary w cuda wynika metafizyczny optymizm (por. ***, w rozmowach po świt…) i pogoda z jaką mówiąca tu postać wchodzi w sny oraz łagodność, z się budzi. Nawet ogrom stołecznego miasta prędzej ją przejmie zachwytem niż, dajmy na to, przerażeniem (warszawa). Doskonale wyczuwa także dynamiczną naturę rzeczywistości. Dzięki temu potrafi objąć refleksją własne położenie w czasie marnym (tryptyk prenatalny) lub zgłębiać egzystencjalną jakość „teraz” zawieszonego pomiędzy bytem a niebytem (***, gonię obecne…).
Wiersze Anny Karoliny Kuk umieją czytelnika zamyślić. Umieją wstrząsnąć swoją intensywności („***, gdy stary człowiek umiera”).
Zbiór prezentuje bogatą skalę lirycznych możliwości autorki. I nie należy mieć  tu żalu o rozgadane gdzieniegdzie metafory („wtopione pazury w dziurawy ser kamienicy” – z wiersza: „***, dźwiganiem chmur brzemienne jaskółki..”). Zrównoważyła ten deficyt oryginalnością porównań lub samodzielnością wykorzystana literackich, głownie biblijnych, inspiracji.
Wierzę w jej talent.


Fragment większej całości przeznaczonej do druku w Dwumiesięczniku Literackim "Topos"

P.S. Dzisiejszym wpisem przechodzę na wakacyjny tryb blogowania. Nowe notki będą się tu pojawiały raz w tygodniu, najczęściej co środę. 

środa, 26 czerwca 2013

W obietywie tubylca: Koliebken


Znak firmowy cegielni w podgdyńskich  Kolibkach odciśnięty na setkach tysięcy cegieł. A może nawet na milionach, zważywszy, że zbudowano z nich tylko dzisiejszy kościół św. Jerzego w Sopocie, ale także potężne gdańskie założenie obronne - fort Gradowej Góry, gdzie cegieł z koilbkowską sygnaturą można znaleźć najwięcej.

sobota, 22 czerwca 2013

Tomasz Snarski: Przezpatrzenia, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, Gdańsk 2012.

Wiersze Tomasza Snarskiego robią wrażenie kreślonych na marginesie materiałów wykładowych i seminaryjnych pozbieranych do odnośnych teczek przez początkującego jurystę. Leksyka zaczerpnięta z rozporządzeń czy ustaw znacznie rozszerza skromny słownik całego tomu. Zapewne taka powściągliwość znacznie lepiej przylega do stawianych przez poetę suchych, rzeczowych diagnoz. Pomagają one ustalić stan faktyczny świata po wycofaniu się Boga, tyleż spektakularnym (poczytajmy: „Zabrał ze sobą/ Tylko siebie,/ Garstkę aniołów i paru świętych./ Potoczyły się za nim kamienie kościołów,/ Wyruszyły procesje kapłanów i pielgrzymki mnichów.”), co rozpaczliwym. Odchodząc, zostawił Bóg człowieka z odpowiedzialnością przerastającą jego siły. Świat zaś – w stanie głębokiej dysharmonii, toczony przez chorobę deprawacji. Najłatwiej ją rozpoznać po rozejściu się litery i ducha stanowionych praw, których kodeksy stały się istną teraz Świętą Księgą Potworności. Dlatego też w paru miejscach powtarza autor swoje żądanie ducha. Pozbawione go prawo potrafi bowiem jedynie krzywdzić (zob. Kasa, kasa, kasa), działając przeciw dobru, a w konsekwencji – chybiając własnego celu. Tymczasem o przywrócenie uniwersalnego moralnego ładu dopomina się zarówno człowiek jak i całe stworzenie (por. Zwierzoludzie). Bez niego trudno nawet domyślić się szczególnego znaczenia chwil decydujących o naszym życiu wiecznym (Zasady procesowe w Jeruzalem). Sam legalizm, zauważa autor, nie wystarczy. Trzeba sumienia oraz wypływającego zeń poczucia sprawiedliwości uzdolniającego człowieka do właściwej oceny teraźniejszości oraz wypadków dziejowych (zob. Kolory, a więc czerwień).
Główną czynnością wykonywaną przez bohatera wierszy Snarskiego jest patrzenie, przyglądanie się. Wciąż zza szyby, pośród wahań – czy rozbić ją, czy schować się raczej w głębi „ciemnego labiryntu”. Z tymi wahaniami nas pozostawia.
Tomasz Snarski ma całkiem poważne zadatki na poetę intelektualnego. Nawet jeśli gdzieniegdzie jego dyskurs popada w deklaratywność albo braknie mu pomysłu na rozwiązanie sytuacji lirycznej. Chwilowo wypada traktować ten tomik jako zaliczkę, ze względu na małą ilość zawartych w nim wierszy. Lecz coś mi mówi, że uwaga im poświęcona, nie pójdzie jednak na marne.

Fragment większej całości przygotowywanej do publikacji w Dwumiesięczniku Literackim "Topos".

sobota, 15 czerwca 2013

Adam Zdrodowski: 47 lotów balonem, Wydawnictwo FORMA, Fundacja Literatury imienia Henryka Berezy, Szczecin-Bezrzecze 2013.

Rzadkie są chwile, kiedy bohater próz i wierszy Zdrodowskiego bierze siebie serio. Nie zamierza udawać sensata. Lecz równie daleko mu do kreacji niefrasobliwego wesołka. Woli rolę flâneura,  lekko znudzonego, odrobinę fanaberyjnego, spacerowicza. Nigdy przy tym nie traci dystansu. Przede wszystkim do siebie. Informując o swoich zamiarach, powie na przykład: „kombinuję jak zostać antropomorfizmem,/ przeprowadzić bolesną panliryczną schizmę” (Wieści z gwiazd), albo wyzna: „Oddychałem jak pacjent po defibrylacji, /jak homo erectus po wiekach hibernacji” (Wiersz). Później z taką samą rezerwą odniesie się do stołecznego miasta Warszawy, (por. Z balkonu), choć po prawdzie niczym mu nie przewiniła, bo jest przestrzenią zdziwień tudzież rozlicznych zabaw. Im bliżej zaś końca lata, tym tajemniej się. Aż przychodzi taki dzień, kiedy „Strzygi, szpaki/ i wiewiórki szykują/ się do jesiennego desant.” (Nad miastem). Tak, tak!  Strzygi tu rządzą, ryjówki i krety. Lecz podnosząc wzrok, ileż można tutaj ujrzeć widoków oku miłych, całkiem (zob. Z autobusu), zgrabnie wykadrowanych, sympatycznie zapadających w pamięć.
   Tyle widać na jawie. We śnie – jeszcze więcej. Zwłaszcza w snach strumiennych, ruchliwych. Bo jaki pożytek ze snów ociężałych lub zgoła zastygłych? Więc nieco sfatygowany bohater osuwa się w sen, w kolejny sen, dotąd niesłychany (proza: ***, „taki pęd powietrza…”), który lęki pomieszał z fascynacjami, kiedy „śniły się ślady zębów na szyi i sen w księgarni się śnił, gwiazda z piernika się śniła i słońce się śniło, i pył.” (***, „Taki strumień znaków…”).
  Napięcie rośnie, gdy przychodzi Nadia o znaczącym nazwisku Onejros. Sama lub w towarzystwie melancholijnej Françoise. Wydaje się figurą cierpienia „z posępnym życiorysem w strzępach i we krwi” (Nadia Onejros. Jej zjawy) albo zabłąkaną zmorą, co się gubi „o świcie lub w śmiechu”, na poły groźną, na poły frapującą. Natomiast wiersz Do snu ma pełne prawo kojarzyć  się ze znaną fraszką  Jana  Kochanowskiego o tym samym tytule. Jeśli to trop właściwy, należy zauważyć, że w polemiczną wiedzie stronę. Podczas, gdy u Kochanowskiego sen uczył umierać człowieka, u Zdrodowskiego – uczy żyć nadrealnie, wzlatywać stratosferycznie. Choćby potem, po lądowaniu, miało się przeżywać smutek utraconego dzieciństwa zaklętego już w odległą baśń (zob. Czas i Małgosia).
  Sny, zwidzenia, fenomeny z zasady nieciągłe i płynne, modeluje poeta nadzwyczaj sprawnie. Nadane formy pasują im jak ulał: jednym – krótkie prozy, nazwane czasami wierszami; innym – małe narracje, których świat przedstawiony ujęto w finezyjny nawias (***, „Był piątek…”) albo też po imażystowsku zmetaforyzowane opisy ( piękny Konik morski), względnie zwięzły epigram (Fado).
Zdrodowski zaprezentował się jako wytrawny parodysta, który rys komiczny potrafi nadać tak medialnym przekazom (Z telewizji śniadaniowej) jak odczytaniom Rimbauda i Villona.
Co bohaterowi jego książki daje postawa ironicznego dystansu? Prawdopodobnie poczucie bezpieczeństwa płynące z możliwości szybkiego reagowania na zasadzki zastawione na naszej jawie, w naszych snach.     
      


piątek, 7 czerwca 2013

Monika Brągiel: Kim się nie jest, Stowarzyszenie Literackie im K.K. Baczyńskiego, Łódź 2012.

Wiersze Moniki Brągiel koncentrują się wokoło problemu tożsamości pojmowanej jako fenomen w pierwszym rzędzie ontologiczny. Wypowiadając tak mocne stwierdzenie, wzmocnione jeszcze użyciem w tytule (zaprzeczonego) czasownika „jest”, musiałbym od raz założyć, że owa tożsamość, stanowi domknięty zbiór stałych cech i/lub poglądów. Tymczasem trzeba by tu jednak mówić nie tyle o jej ustaleniu się ile o ustawicznym konstruowaniu; o jej kształtowaniu poprzez eliminację zachowań i ról intuicyjnie identyfikowanych jako obce, nie do przyjęcia. Wynika z tego konieczność  oczyszczania się z mylnych przyzwyczajeń (zob. wiersz Klisze). Proces konstruowania postępuje spontanicznie. Komplikuje go nadwrażliwość protagonistki na zmysłowe bodźce, natrętne, zapamiętywane w lot. Gdy się zaś zgromadzą w odpowiedniej ilości, potrafią ją wprawić w stan swoistego nad-widzenia. Ich różnorodność nie tylko wzbogaca słowną fakturę wiersza. Przede wszystkim pomaga uzgodnić język, którym poprowadzi dialog ze światem i opowie o tym, co się jej przydarza: o złośliwościach losu i deficytach nadziei. Świat w swoim wielokształcie bywa mało lojalnym partnerem. Toczy się samowolnie w kilku kierunkach naraz, rozgrywa się we własnym tempie. Nie zamierza stanowić punktu odniesienia ani kontekstu dla wypracowywanych z takim trudem znaczeń (por. Zjawianie się, znikanie). Czuje się tutaj jego ruch, gdy robi unik. Słychać przyspieszony oddech tej, która próbuje za nim nadążyć. Świadomej, może bardziej nawet świadomej niż inni, że ten problem dotyczy nie tylko jej, ale właściwie każdego:  rozproszonego, skazywanego na zaczynanie od początku albo na dotkliwe konsekwencje kolejnych prób i błędów (zob.: Raczkowanie). Każdy jest zagubioną postacią narracji zwanej życiorysem, „bo scenarzysta odszedł od nas z braku pieniędzy i wiary/ przewidywalnej jak pierwsze czereśnie w maju. Nigdy/ do siebie nie doszliśmy.  Jak moi bohaterowie, którzy/ byli sobie bliscy dopóki nie zaczęli zastanawiać się,/ dlaczego?”  (z wiersza Dwoje dzieci w środku nocy).  A cóż dopiero mówić o związku z jakimś równie zabłąkanym „ty”? Zwłaszcza, że relacje redukują się do stosunków przestrzennych (Poręcze) lub układu szlaków komunikacyjnych (W usta). Życie zaś ani trochę nie zasługuje na zaufanie, „gdyż nabrało/ nas i teraz możemy już tylko mówić prawdę, o ile prawda/ powinna mieć coś wspólnego z życiem.” (Cierpiącym bez powodu). Na objaśnienie związków życia z prawdą przyjdzie pewnie poczekać do kolejnego tomu. Teraz widzimy tylko przemykanie się pomiędzy wrażeniami na jawie i we śnie. Poczucie lekkości bytu prowokuje ton skargi, rzadziej sprzeciwu, modulowany według wzorców fascynującej autorkę poezji anglosaskiej.                                                                                               Monika Brągiel pisze introwertycznie. Wszakże jej monologi, rozbudowane, z pozoru zagmatwane, gdy się nad nimi skupić (warunek absolutnie niezbędny!) same pomagają sformułować strategię odczytania. Dlatego trzeba dać jej książce trochę czasu, zaangażować wyobraźnię. Lecz za ich sprawą i my, zatroskani często o naszą autentyczność, możemy rozeznać, kim nie jesteśmy.

Fragment większej całości przeznaczonej do publikacji w Dwumiesięczniku Literackim "Topos".


sobota, 1 czerwca 2013

Tomasz Pietrzak: Rekordy, MaMiKo, Nowa Ruda 2012.



1. Liryczna persona drugiego tomu Pietrzaka, na kartach którego filozofia przyrody co rusz brata się z historiozofią, mówi zza pokoleń, z głębiny geologicznych uwarstwień. Może dlatego dyskurs tych wierszy wydaje się stabilny, pomimo fragmentaryczności wielu tekstów wyglądających na paleontologiczne znaleziska, zachęcające, aby na ich podstawie zrekonstruować całość kopalnego organizmu. Tym, którzy z wielu względów muszą lub chcą wybrać mniej strome  ścieżki odczytania, proponowałbym rozpocząć eksplorację zbiorku od jego śląskiej, górnośląskiej strony. Od widoków z wysokich kondygnacji (Czternaste piętro), gdy „w dole dzieje się miasto”. Zresztą nie tylko się dzieje. Czasem się odezwie w śląskim dialekcie, przypominając, że trafiliśmy do krainy, gdzie na „lufcie tylko baby żyją. Reszta pod ziemią” (Działka Erwina Sówki). Lokalnym kolorytem bawi nas ta poezja krótko, zresztą słusznie. Ma wobec czytelnika poważniejsze zamiary: chce go ustawić na gruncie grząskim, w strefie niepewnej, tam gdzie graniczą ze sobą natura i historia. Graniczą ze sobą tak nieostro, tak niezdecydowanie, że trudno je rozdzielić. Może zresztą bezpieczniej przyjąć hipotezę sygnalizowaną  przez znaczną część pomieszczonych tutaj tekstów, że ludzka historia stanowi przedłużenie procesu ewolucji, że ta sama siła spowodowała zagładę dinozaurów i masową śmierć na polach bitew czy w egzekucjach (Pogłosy XI. Katedra Patologii). Zaś przemiany gatunków lub odradzanie się narodów (Pogłosy IV. Alija Bet, 1943) przebiega według niezmiennego kosmicznego scenariusza, zgodnie z którym, po przekroczeniu terminu przydatności, nastąpi totalna likwidacja zasobów: „Czas wysyła was w końcu na przemiał, żar w proch/ i pył a wiatr – prosto na języki rzek. Po kolei, basta, – jaszczury, potem wy, a tuż za wami – gwarni i żywi, jeszcze w bezsennych betonowych blokach – my.” – konkluduje pozbawiony złudzeń wiersz Basta. Koniec zatem pewny.
2. Lecz przed końcem czeka nas jeszcze solidny kawał roboty, by jakoś doprowadzić do ładu pamięć. Jak na mieszkańca naszej części Europy przystało, poeta wpierw bierze na warsztat pamięć żydowskiej obecności, przedstawiając ją w jej dawnym rozkwicie, nie przeczuwającym jeszcze eksterminacji  (Pogłosy III. Kołysanka dla Kamilki) i  już po wojnie, gdy „Pito na umór,/  opalano się bez  skrępowania, wycieczkowano do Rajczy i na plaże Łeby/ i robiło się te wszystkie przedśmiertne rzeczy, przypominające/ na powrót wtłaczające w nad wyraz ludzkie ciała.” (Pogłosy VI. REKORD: 1946 „Zeznanie”), zaś rozmiar Holocaustu drążył dopiero wspólną świadomość. Świadomość, jak zauważa poeta, dziedziczną, włączoną w obręb porządku metafizycznego (por. Pogłosy IX. Echo). Natomiast na wątki niemieckie natrafiamy trochę głębiej, gdzieś w okolicach pożegnalnych fotografii z umarłymi: Johannem, Ernstem, Martinem, licealistami, uwiecznionymi na kliszy w marcu 1899;  „ a to zdjęcie w ręce nie jest obietnicą, a światłem, /  na nocnym niebie, co mami życiem sprzed eonów” – wyjaśnia wiersz Połów. Jedno, co można dla nich zrobić, to udzielić im  łaski krótkiego spojrzenia. Lecz  ostrożnie. Bo cechuje ich  niemiłe żywym natręctwo: „wystarczy wspomnieć imię, / a przywloką tu swoje dupska; / opowiedzieć o nich przy piwie, a już masz ich przy stole.// Lepiej czym prędzej wykadzić/ wszystkich. Oddzielić plewy./ od tego co będzie wzrastać, ukorzeniać się i sięgać wysoko.” („Następstwo”).
3. Tomik mieści poezję znajdująca się znakomicie w sceneriach nadmorskich (cykl: „Brzegi napotkane”) i śródleśnych. Tomasz Pietrzak potrafił przechwycić, przepracować przekaz zaszyfrowany w każdej przestrzeni, przyodziać go w bujne ciało wiersza. Jednocześnie pozostaje w zgodzie z postulatem piękna (por. 11) oraz inspiracjami zaczerpniętymi ze sztuk wizualnych (Frida Kahlo, Diego Ribera, Watteau, Vermeer, Turner). Posprzęgał je tak, że nawet przypadkowość danych tekstowych zasugerowana poprzez tytuł, wydaje się całkiem starannie zaprojektowana, zgodnie z mottem książki, które w tłumaczeniu na polski brzmi: „Nic się nie gubi, nic się nie tworzy, wszystko się przetwarza”. Czego tu obszernie, na blisko siedemdziesięciu stronach, dowiedziono. 

Skrócona wersja omówienia ukaże się na łamach Dwumiesięcznika Literackiego "Topos"

Joanna Pełka Śmiełowska, przeciwległe żebro, Fundacja Otwartych na Twórczość, Poznań 2019.

W poetyckim pisaniu Joanny Pełki Śmiełowskiej czuje się ambitny zamiar zaangażowania tyleż wyobraźni czytelnika co jego intelektu i zmys...