sobota, 30 grudnia 2017

Nadmorze #9. O debiutanckim tomie Kamili Łyłki-Kosińskiej "From 17".






Notki, linki
  •  Tło dźwiękowe: Quantum Jazz "Jingle Jazz" z albumu "Hand in Space" (https://www.jamendo.com/track/355482/jingle-jazz), muzyka na licencji Creative Commons 3
  • Dom Literatury w Łodzi: http://dom-literatury.pl/
  • Wydawnictwo "Forma": http://www.wforma.eu/
  • O zbiorze poetyckim Adriany Szymańskiej: "Z Księgi Przejścia":http://www.instytutksiazki.pl/zapowiedzi-i-nowosci-Wydawnicze,aktualnosci,37365,z-ksiegi-przejscia.html
  •  Stowarzyszenie Literackie im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego: http://slkkb.org.pl/





sobota, 23 grudnia 2017

Sylwester Seweryn Kołodziejczak, Księga Przysnów, Stowarzyszenie Literackie im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, Łódź 2017.


Czytać debiutancki zbiór Kołodziejczyka to tyleż samo co śnić wraz z jego poetyckim „ja” sen fantastyczny, lub błądzić pośród fantazmatów i widm wypływających na powierzchnię z najbardziej tajemnych zakątków podświadomości. Albo, rzadziej, pośród takich, przyniósł jakiś flow czy przypływ fenomenów. Można z nim także prze-śnić sen na półjawie z wirtualnymi, względnie medialnymi okrutnymi widziadłami (zob. Pokój z widokiem na wojnę II. Efekt domina. Opowieść tysiąca i jednej zbrodni). Oferta odrealnienia (się) jest tu więc bogata i, co tu dużo kryć, kusząca. Śnimy więc, śnimy zawzięcie, aż pojawia się pytanie – a może to nie my śnimy, jeno nas śnią obrazy, przedmioty, postacie z majaków? Może właśnie poprzez sny nawiązujemy bardziej złożone relacje psychologiczno-poznawcze niż by się nam zrazu wydawało?  Może właśnie wtedy poznajemy tajemny język lepiej opisujący nasze położenie wśród rzeczy dostępnych czuciu i wierze, niż wszystkie inne języki? Tak potraktowana poezja ma w sobie wiele z rewelacji, nadaje określony, językowy kształt temu, co początkowo nawet bardziej obrazową niźli słowną ma naturę. Zatem aktywnie modeluje, kreuje, nazywa. Z tego zadania wywiązuje się koncertowo. Światoobraz Kołodziejczyka, wysnuty z przysnów, czyli, – nie ociągajmy się dalej z objaśnieniem tytułu – snu i pokrewnych mu form: rojeń,  fantasmagorii, fantomów, miraży wydaje się już na swój sposób kompletny, aczkolwiek niezmiennie płynny, mgławicowy.
         W tej „rzeczywistości rozrzedzonej” łączą swoje siły Eros i Tanatos. (por. Elegia poranna). Do niejednego z pomieszczonych tu wierszy pasowałaby nazwa nekrotyku. Erosowi zdarza się również połączyć z sacrum na genezyjskim tle, zdobnym biblijną stylizacją (zob. List do pięciu kościołów, które są: w Zgierzu, Ustrzykach, Suwałkach, Szczecinku i Wrocławiu. Erotyk eklezjastyczny). Kochanka przyśniona okazuje się kochanką wyśnioną. Jej imię to raz Meredith, innym razem – Marie. Czasem obywa się bez imienia; a czasem, jako odbicie wodzie, wręcz bez istnienia
         Z potoczną rzeczywistością jest poecie tak dalece nie po drodze, że musi ją natychmiast odkształcić, a jej obraz przesycić absurdem i groteską (***, sierpień…). A gdy jeszcze wzmocni je ironią, wówczas potrafi je całkiem skutecznie wykorzystać tworząc narrację o zmaganiach z chorobą własną i innych (zob. Szpital). Jednak zło – gdy łypnie na niego groźnym okiem – budzi w nim (i w czytelniku przy okazji) niekłamany strach (Trzech króli). Sporo w takim poezjowaniu emocjonalnego autentyzmu i ani śladu taniej zgrywy. Podmiot, (neo)romatyczny wizjoner, nigdy nie zniża się tutaj do roli jarmarcznego iluzjonisty.
         Poezja Kołodziejczyka widzeniem stoi. Wszakże wolność marzenia umie poeta całkiem sprawnie zorganizować, a „materiał oniryczny” – przemyślnie ustrukturować. Ani mu w głowie puszczać dyskurs na żywioł. Niekiedy za spoiwo wiersza służy mu nastrój, podobnie oddziałują elementy zalążkowych, choć wyraźnych systemów symbolicznych (symbolika somatyczna, akwatyczna), ewentualnie nakładające się na siebie pola znaczeniowe metafor. Zawołany poeta, a za takiego Kołodziejczyka uważam, potrafi maksymalnie wykorzystać swobodę impresji, ale umie także opanować środkami, które oddaje mu do dyspozycji język. Kiedy zaś chce, zadziwia czytelnika nie tylko bujnością wyobrażeń, lecz także barokowo wybujałą poetyką tytułu, co sam stanowi odrębną prozę poetycką. Przytoczmy go w całości: Krótki wierszowany nieliryczny utwór o miłości, niepokoju, lęku gdy łaszą się do nas stare, wyliniałe bezzębne sny, nieufności do cieni tańczących na pryszczatej ścianie – stygmaty minionego lata; gdy gwiazdy topią się jak wosk gromnic, o niepewności, zbrodni, pięknie otaczającego nas swiata, o mordzie, chorobie psychicznej, którą dostałem wraz z karpiem w foliowej torebce; widziałem – mamlał w pyszczku ostatnie tchnienia jak apap, o samotności,  o tym, że pewnej nocy mogę się nie obudzić, albo obudzę się, a ciebie już nie będzie. Dla wyjaśnienia dodam, że następujący po nim wiersz wraz z lakoniczną dedykacją liczy cztery wersy i siedemnaście słów.
Sylwester S. Kołodziejczyk rad przyznaje się do terminowania u Romana Honeta. Świadczyłyby o tym pewne cechy jego poetyki, najlepiej chyba dostrzegalne w wierszu Dział Promocji i Marketingu; przywołajmy przykładowo taki oto charakterystyczny jego fragment: „Pamiętam sen w którym biegnę po białej łące skrobi, odnajduję/ Kostkę rosołową, z jej złotka uwalniam trochę jesieni/ I cały rok przestępny”. Do czego by pasował? Do Honetowej Alicji (1996)? Nie, to za wcześnie. Do Serca” (2002)? Może. Mógłby się stylistycznie wtopić w Piąte królestwo (2011) jako imitacja prawie doskonała. Prawie, acz nie do końca. Bo, jak się zdaje, wyobraźnia debiutanta jest jakby bardziej odmaterializowana, mniej substancjalna. I pewnie w inną, niespodzianą dla nas, podąży stronę.

Warsztatowa wersja noty przeznaczonej do publikacji w Dwumiesięczniku Literackim „Topos”

sobota, 16 grudnia 2017

Dorota Nowak, Antidotum, Fundacja Otwartych na Twórczość, Poznań 2017.



Co należałoby powiedzieć najpierw o nowych wierszach Doroty Nowak? Przede wszystkim należałoby podkreślić, że z tomu na tom stają się coraz bardziej empatyczne. Gdy eksponują „ja”, robią to w taki sposób, że mówiąca w nich postać staje się uosobieniem uczuć szlachetnych. Taka jej uroda: chciałaby swoim wierszem przygarnąć, delikatnie dotknąć (dawka). Stanąć blisko, obdarować choćby pięcioma minutami niepodzielnej uwagi tych, którzy się źle mają. Teraz albo od zawsze. Bo nieszczęśliwymi, nawet późnym wieku, czynią ich niezałatwione sprawy z dzieciństwa, ojcowski alkoholizm czy przemoc (zob. po pas). Zauważa niewygasłe traumy, niezaleczone lęki. Traktuje z terapeutyczną cierpliwością. (Sporo tych wierszy wzięło się po prostu z patrzenia i słuchania.) Lecz na diagnozach nie poprzestaje. Bohaterów swojej poezji wolałaby ujrzeć w momencie, gdy podnoszą się z klęsk, gdy tryumfują nad własną przeszłością i złym losem. Wskazuje dwie drogi. Pierwsza prowadzi przez proces – często spóźnionego – dojrzewania (wodorosty), druga, wiedzie przez przebaczenie. (na betonie). Obie trudne. Ale kto zdecyduje się zawalczyć o siebie, będzie miał poetkę po swojej stronie. To pewny sprzymierzeniec. Tym pewniejszy, że manifestująca się już znacznie wcześniej pozytywna emocjonalność lirycznego „ja” zyskała teraz silne wzmocnienie etyczne, nie pozostała więc jedynie splotem sentymentów, ale przekształciła się w trwalszą postawę. 

 Omawiając niedawno zbiór Opium, podpowiadałem poetce, aby poszerzyła rekwizytorium dyskursu miłosnego. Nie usłuchała tej sugestii. Ale nie mam o to do niej pretensji Ciężko doskonalić warsztat, gdy rozkwitły ongiś związek znalazł się na katastrofalnym wirażu, zaś jego rozpad nabrał cech kataklizmu; powiada podmiotka: „odkąd żywioł spalił nasze listy/ zrywają się łańcuchy na moście/ z okien wypadają wyblakłe włosy/ serdeczny uścisk słabnie zanika//w modlitwie kuliste paciorki/ oplata siła przykurczonych palców/ jakby tuliły się do słońca które/ na chwilę wypuściły twoje dłonie” (słabość). Innym razem zwierza się z trawiącej ją choroby na tęsknotę (szczelina) Znając nieco bliżej biografię poetyckiej persony, mam poczucie, że porzucenie jest tu gwałtem zadanym jej naturze. Przecież mało kto, tak jak ona  tworzy i przeżywa intymną wspólnotę z kochanym „ty”. „My” to jej ulubiony zaimek osobowy (osobisty?). Zawiera się w nim dom dla dwojga miłujących i… kota (bez szkła). Odejść? Tego nie robi się kotu. Ani kotce.  Zwłaszcza jej, która tego zerwania ani oswoić instynktem ni pojąć nie umie, gdyż zdarzają się one wbrew przyrodzonemu porządkowi. |
   Doradziłbym teraz poetce, aby dalej nie komplikowała składniowo swoich monologów. Obecny stopień ich komplikacji wydaje się optymalny. Lecz jeśli nie skorzysta z tej rady, też się nie obruszę. Koniec końców po wydaniu trzeciej książki najprawdopodobniej wie, jak chciałaby się rozwijać.



Skrócona wersja noty przeznaczonej do publikacji w Dwumiesięczniku Literackim „Topos”

sobota, 9 grudnia 2017

Anioł Ślązak na Adwent 2017

Angelus Silesius, anonimowy portret z XVII wieku
Angelus Silesius (1624  - 1677)



Cherubiński wędrowiec


z Księgi piąte 

 
68. Mędrzec nie pragnie iść do nieba.

Mędrzec, gdy umiera, nieba nie pożąda:
Zanim serce mu pęknie, już niebo ogląda.



135. Przygotowanie zmniejsza odczucie.  

Czemu mędrca  żal nigdy ni l nie frasuje?
B
o się wcześniej na gościa takiego szykuje.



tłum. pwL

sobota, 2 grudnia 2017

Justyna Święcicka, Na Zbojskach, Fundacja Duży Format, Warszawa 2017.


O takich debiutach zwykło się mawiać, że dojrzałe. Istotnie, Justyna Święcicka ma spory dorobek medialny i zawodowy. Teraz wypowiada się poetycko, zapraszając nas, abyśmy spędzili trochę czasu tam, gdzie czuje się najbardziej szczęśliwa, najbardziej prawdziwa. Scenerią większości wierszy z tego tomu jest rzeczywista wieś opodal Żyrardowa i Radziejowic. Pewnie wielu z nas, łącznie z piszącym te słowa, nigdy by o niej nie usłyszała, gdyby debiutantka zdecydowała się zatytułować swoją książkę zupełnie inaczej. Zapewne mignęłaby nam jej nazwa jako przypadkowy, raczej mało mówiący toponim pomiędzy jednym wersem a drugim. Teraz jednak  
pozostanie na zawsze połączona z konkretnym, utalentowanym nazwiskiem. Przy czym podmiotka nie pozuje na autochtonkę Wciąż uczy się tutejszości, czego przykład stanowi zwięzła, odrobinkę rubaszna, relacja z lepienia pierogów u sołtysiny Grażyny pod lasem.
Wyrastają te wiersze z samotnych (zazwyczaj) wędrówek leśno-polnymi ścieżkami, z poszukiwań ostoi dla myśli i zamyśleń (Zbiornik Świętej Anny), z mateczników, gdzie można dojść do siebie po toksycznych inhalacjach stołecznym smogiem, ale i ze złych znów, nawet z bezsenności o pełni księżyca. Garnął się do nich przydomowy ogród, rozgałęziały się nad nimi drzewa. Tyle się stało przedtem i tyle wciąż się w tym partykularzu wydarza. Ma poetka o czym opowiadać. Na ogół dykcją spokojną i pewną, jak ktoś kogo otacza odwzajemniona miłość. Opisuje swój zakątek o każdej porze dnia, o każdej porze roku. Słucha go bardzo uważnie. Wtedy zimowy mrok zamienia się dla niej w scenę teatru cieni, a wystawiana tam sztuka w obsadzie: zając, bażanty i stado dzików, przypomina jej, że Każdy ma swoje niebo, piekło, dzień i noc. (Noc). Tyle, że do piekła stąd raczej daleko, pewnie najdalej. Blisko natomiast – do bogactwa życia zwierzęcego i ptasiego, postrzeganego przez poetkę z respektem acz niesentymentalnie. Okoliczna przyroda, obdarzając swymi cudami i dziwami, pokazuje lirycznej bohaterce także wzorce trwania i przemijania, odsłania porządek rzeczy, tak samo dotkliwy jak wszędzie indziej. 
Obraz od słowa, dzieli tutaj dystans króciutki co sprawia, że ma debiutantka całkiem poważne zadatki na poetkę pejzażu, nawet wtedy, gdy krajobraz ni urodą, ni wizualną harmonią, nie grzeszy (Niedziela). Potrafi także za sprawą kilku wersów przejmująco naszkicować scenkę rodzajową (Bazar; Koncert). Obiecująco przedstawia się również subtelny liryzm Święcickiej, dochodzący do głosu  na przykład w wierszu Łąka. Jakkolwiek miewa ona problemy z zamknięciem swoich monologów (niektóre mogą wyglądać wręcz na niedokończone), pointa wiersza Pragnienie („Jedno życie to za mało./ Jedna miłość to zbyt wiele”) pozwala przypuszczać że taki problem da się całkowicie rozwiązać. Gorzej z doborem tytułów, mówiąc oględnie, mało oryginalnych. Właśnie nad tym zagadnieniem powinna się poetka pilnie zastanowić Chybiony lub ograny tytuł szkodzi wierszowi bardziej niż brak tytułu.


Fragment większej całości przygotowywanej dla Dwumiesięcznika Literackiego „Topos”

nowe litery: Nadmorze 22. Antologia wierszy czytanych. Maciej B...

Wiersz o upale w przedostatni dzień lata nowe litery: Nadmorze 22. Antologia wierszy czytanych. Maciej B... : Kliknij, żeby odtworzyć audi...